Niby radca Terey nie traktuje wyjazdu na placówkę jako losu na loterii wygranego, niby na wszystko w Indiach narzeka, ale jeśli się czegokolwiek boi, to własnego odwołania. Nie boi się szefa, nie boi się, że zadaniom nie podoła, nie boi się, że żona go tam w Budapeszcie zdradzi, nie boi się, że wypadnie z literackiego obiegu. Jedyne czego się boi, to odwołania. Ale kiedy ono nadchodzi, przyjmuje je z ulgą. Nie tylko dlatego, że mu sercowy problem rozwiązuje. On czuje się wtedy, jakby spadł nareszcie z wysoka wiszący nad nim od miesięcy i rzucający złowrogi cień miecz Damoklesa.
Kto się nie bał odwołania w słusznie minionych czasach? Bali się zwłaszcza dyplomaci młodzi. Bo pierwsza placówka była niezbędnym warunkiem zgromadzenia środków na pierwsze własne mieszkanie. Dość mieli emeszetowskiej bursy, nie chcieli do niej wracać, zresztą nikt po odwołaniu by jej im nie przyznał, nie chcieli wynajmowanej kawalerki, nie chcieli żyć kątem przy rodzicach, chcieli mieszkać już na własnym. Pierwsza placówka dawała szansę na mieszkanie. Dziś w podobnej sytuacji są ci, którzy przed wyjazdem na zakup mieszkania wzięli kredyt. Z pensji emeszetowskiej nawet w warunkach obecnej ustawy o służbie zagranicznej go nie spłacą. I boją się, że, jeśli zjadą przedwcześnie z placówki, nie spłacą go nigdy.
Bali się w starych czasach młodzi a ambitni. Bo jeszcze pod koniec PRL-u ci wcześniej odwołani z powodu trudnych relacji z szefem placówki, nieważne, czy w sposób zasłużony, czy nie, ale musieli się liczyć z tym, że jakieś odium na nich spadnie. A wtedy mogliby trafić albo na boczny tor (Protokół Dyplomatyczny, Biuro Inwestycji, Archiwum, Centrum Dyżurów i inne techniczno-obsługowe jednostki), albo na tzw. ścieżkę reedukacyjną. W 1989 r. przydzielono do mojego pokoju na Szucha bardzo zdolnego młodego dyplomatę. Okazało się, że na placówce zadarł z ambasadorem. I Ambasador mu „załatwił”, że trafił do departamentu, któremu wtedy szefował jeden z najbardziej wymagających dyrektorów w MSZ, mój pierwszy dyrektor – Sławomir Dąbrowa. Trafił tam młody dyplomata, żeby nauczył się dyscypliny, żeby być może zatęsknił za swoim poprzednim szefem. Ale młody dyplomata reedukować się nie chciał i szybko poszedł w biznes w wolnej Polsce.
W polskiej służbie dyplomatycznej i za PRL-u, i obecnie pobyt na placówce trwa 4 lata. Potem powrót na Szucha i szukanie kolejnej placówki, do której za 4 lata można by wyjechać. Próbowano kiedyś przeflancować do Polski praktykowany w niektórych państwach zachodnich model 3 (placówka) + 3 (inna placówka) + 3 (centrala). Bez powodzenia. System 4+4 rozregulował się obecnie wszakże tak, że są pracownicy, którzy po 6-7 lat siedzą ciurkiem na placówce. Ale nigdy, ani za PRL-u, ani za wolnej Polski nie było też tak, że wyjeżdżający na placówkę miał te 4 lata pobytu jak w banku. Dlatego tak rozbawiła wszystkich starych emeszetowców informacja, że odwołany ambasador Magierowski chciał od MSZ odszkodowania za przedwczesny zjazd. Bo przedwczesny zjazd jest wpisany w ryzyko zawodowe. I nieraz wiązał się z poważnymi komplikacjami, bo mieszkanie komuś na dłuższy czas wynajęto, bo dzieci musiały wrócić tuż przed maturą, itp.
Istvan ma świadomość, że jego praca w Nowym Delhi może zakończyć się przed czasem: „I mój pobyt w Indiach też jest niepewny, zależny od poufnych raportów ambasadora, humorów jakiegoś radcy w odległym Budapeszcie”. Więc konkluduje: „Żadnych dalekich projektów”. Niepewność niewątpliwie paraliżuje. Terey snuje sobie na całego samospełniającą się przepowiednię.
I wyobraża sobie Ambasadora, który tylko patrzeć, a mu zakomunikuje: „Rozumiecie, towarzyszu radco, trzeba po cichutku zniknąć, już wysłałem do Budapesztu szyfrówkę, w której prosicie o natychmiastowe odwołanie…Rozumiem, wypiliście, ładna dziewczyna, upał, poniosło was…Szkoda tak szybko kończyć karierę”
A jeszcze do tego Istvan po odejściu Rakosiego zaczyna swoje poglądy polityczne uzewnętrzniać, a Ambasadorowi wręcz pyskować. Mówi mu sekretarka Judyta: „ty jesteś prawdziwy narwany Węgier, nie zawsze milczenie musi być zdradą, a rozwaga poddaniem, ty chciałbyś iść przebojem…Nim Koloman Bajcsy odejdzie, a ma powiązania i wpływy w kraju, może ci dużo krwi zepsuć. Nie wierz jego nieruchawości, umie uderzać. Nawet gdyby go odwołali, jeszcze długo jego opinie będą miały swoją moc. Dawniej mówili, że człowiek składa się z duszy i ciała, potem dodawano paszport, dziś – całą kartotekę z napisem: poufne.”
Bo Judyta przyjęła postawę pokorną: „Ja chcę żyć spokojnie”. Ona pretekstu do odwołania dawać nie chce. Nie może sobie pozwolić, aby Bajcsy podejrzewał ją o nielojalność.
Istvan jesienią 1956 r. wyczekuje przyjazdu kurierów. Nie to, żeby się bał, że przywiozą jego odwołanie. Ono z reguły szło szyfrówką. Nota bene w czasach PRL-u obowiązywała zasada, że korespondencja we wszystkich sprawach kadrowych musiała być niejawna. Nawet w sprawie zatrudnienia miejscowego ogrodnika, czy zwolnienia lokalnej sprzątaczki, nawet w sprawie podniesienia zaszeregowania płacowego. Szyfranci pukali się w czoło, ale depesze szyfrowali.
„Przylot kurierów ożywił senną atmosferę. Wzmógł się klekot maszyn do pisania, dudnienie szybkich kroków na korytarzu”. Kurierzy kiedyś, to byli ludzie misji ważnej. Nie tylko dlatego, że wozili notatki tajne i pisma poufne. W starych czasach wozili też dolarową gotówkę i to w olbrzymich ilościach, workowych ilościach chciałoby się rzec. Pod koniec PRL-u do profesjonalnego kuriera doczepiano z reguły cywilnych urzędników – emeszetowskich lekarzy, a nawet dyrektorów. To były atrakcyjne misje. Można było zwiedzić w podróży kurierskiej pół świata.
Kurierzy węgierscy, którzy odwiedzili Delhi w 1956 r., byli „podobni do siebie jak bracia, rośli, z wojskową skłonnością do stawania na baczność, o twarzach pełnych szczerej, budzącej zaufanie bezmyślności”. „Radcy właściwie nie wypadało utrzymywać z nimi stosunków towarzyskich ze względu na niski stopień służbowy”. Ale chciał się od nich dowiedzieć, co się działo w kraju.
Wahał się, czy ryzykować: „jeszcze na mnie doniosą, odpowiednio naświetliwszy rozmowę. Ferenz ją skwapliwie zanotuje i przybędzie jeszcze jeden dokument w mojej kartotece.” Ale kurierzy wieźli list od przyjaciela Beli. Istvan ma świadomość, że „nie wolno im przewozić prywatnej poczty, jednak kto by się z tym liczył”. Potem w PRL-u kurierzy listy prywatne pracowników MSZ wozić mogli.
Kolejny atak paniki odwołaniowej dopada Istvana po kłótni z Ferenzem, kiedy nie chce przyjąć łapówki za wzięty na jego konto alkohol. Rozpamiętuje wyobrażoną notatkę: „Ten rodzaj pokątnego zarobkowania jest niegodny dyplomaty i może spowodować interwencję indyjską. Decyzję pozostawiamy….” Lub prościej: „radca Terey się rozpił… na alkohol wydaje trzy czwarte pensji… sądzimy, że zanim dojdzie do jakiegoś skandalu, należałoby…”. „Wtedy przypomną sobie, że jest poetą i urzędnicy tylko pokiwają głowami: to są skutki eksperymentowania z nieodpowiedzialną kadrą, z poety robić urzędnika, i usłużnie, spokojni w sumieniu, podsuną ministrowi do podpisu odwołanie z placówki”.
Ale oczywiście najbardziej się obawia, że pretekstem do odwołania będzie skandal obyczajowy. Kiedy rozważa rozwód z żoną, trzeźwi go myśl: „Niechby wiadomość o tym (rozwodzie) przedostała się do ambasadora, kazałby go natychmiast odwołać”. Margit nigdy nie dostanie wizy, A jego nie wypuszczą za granicę. Zostaliby odcięci.
A decydenci w Budapeszcie zakomunikują mu: „My was już dawno mamy na oku. Przeprosicie się z krajem, przytrzymamy was na łonie ojczyzny, będziecie mieli czasu dość nie tylko na pisanie podań, ale i na wiersze.”
Terey zdawał sobie doskonale sprawę, że stalinowski reżim uczynił donos uprawnioną metodą „dialogu” władzy ze społeczeństwem. Przypominał sobie, jak to „jedni koledzy ostrzegali przed drugimi, padały słowa jak kamienie: agent, szpicel, donosiciel. Wtedy powtarzał się dowcip o tym, że chcąc zostać członkiem związku pisarzy trzeba wydać dwie książki i trzech kolegów”. Donosy funkcjonowały na całego i w naszej dyplomacji, do końca PRL-u. Niestety. Włączano je nawet do teczek osobowych, co mogłem sam zobaczyć. Wiem też o dwóch donosach napisanych na mnie. Jeden powstał nim nawet zacząłem pracę w MSZ, drugi zaraz jak tylko pojechałem w 1986 r. na konferencje sztokholmską. Więc Terey nie przesadzał.
Po powrocie z Kochin w grudniu 1956 r. Terey nie miał już złudzeń: „Załatwili mnie, obsmarowali, poszły szyfrówki naglące, żeby mnie odwołać. A dla niepoznaki wypchnęli z Delhi…Jak głupi, naiwny szczeniak uwierzyłem w ich życzliwość…Tylko jedno w ich wyrachowaniach zawiodło – wróciłem. Zrobiłem im ten kłopot”.
Powody odwołania mogą być różne. Najbardziej oczywiste związane są z ogłoszeniem dyplomaty personą non grata przez państwo przyjmujące. W większości przypadków sygnał, że ktoś jest niepożądany przekazywany jest dyskretnie, niekoniecznie w formie pisemnej. Ale jeśli stosunki między państwami są złe, a placówka prowadzi nieudolnie działalność szpiegowsko-werbunkową, to decyzję ekspulsyjną się nagłaśnia, a jeszcze do tego daje się dyplomatom mało czasu na spakowanie. Często działało się tak i kiedyś, i teraz wobec dyplomatów sowieckich/rosyjskich na Zachodzie. A ZSRR/Rosja wyrzucały z Moskwy naszych dyplomatów na zasadzie retorsji. I dotykało to Bogu ducha winnych dyplomatów, którzy żadnych działań niezgodnych z ich statusem nawet nie odważyliby się podjąć. A tu samochód trzeba sprzedać, dywany spakować, i w ogóle. Ale zawsze wtedy pomoże i placówka, i koledzy.
Ogłoszenie kogoś za persona non grata może mieć czasem podtekst czysto kryminalny, bo dyplomata spowodował ciężki wypadek, bo ukradł coś w sklepie. Czasem występek może być idiotyczny. Był na jednej z afrykańskich placówek dyplomata, który popadł w skrajny alkoholizm. Co tydzień powodował jakąś kolizję samochodową. Po pijaku zapominał, że prowadził samochód w kraju z ruchem lewostronnym. Jeździł pod prąd i wpadał na samochody jadące z naprzeciwka, bo za pierwszą stłuczką rozbił reflektory i jeździł całkiem nieoświetlony, więc na „czołówkę” szli na niego miejscowi, bo go zwykle nie widzieli po nocy, jako że jeździł bez świateł. Ale nikt w tych stłuczkach nie cierpiał. Policja po każdej przysyłała do Ambasady raport. Ambasador wszakże nic z tym nie robił, bo działał, według niego, immunitet. Mógł, a nawet powinien odesłać pracownika do kraju. Ale z nieznanych powodów nie chciał. Aż pracownik zapił się na śmierć. A po tygodniu, jak gdyby nigdy nic, przyszła z MSZ nota, że został on uznany za personę non grata. Pośmiertnie.
Rzadko kiedy, i wcześniej, i teraz, odwoływano za kiepską pracę, za lenistwo, opieszałość, niezdolność do wykonywania obowiązków. Rzadko odwoływano z powodu „nieobyczajnego” prowadzenia się. Rzadko nawet za pijaństwo, chyba że doprowadziło ono do wielkiego skandalu opisanego w miejscowej prasie, ale nawet wtedy niekoniecznie. Ale często odwoływano za konflikty z szefem. A dorabiano im wszelkie możliwe legendy.
Za PRL-u chodziła anegdota, jak to do MSZ przyszła depesza z jednej z naszych ambasad w Azji Południowo-Wschodniej. Pisał w niej ambasador: „Proszę o niezwłoczne odwołanie towarzysza N…. z placówki, albowiem wymiotuję na jego widok”.
Okazało się, że kiedyś Ambasador nakrył kilku współpracowników na pokątnej libacji, w trakcie której raczyli się miejscową żmijówką. A ów towarzysz na oczach ambasadora, być może nawet w celu mu zaimponowania, wziął i wyjął rzeczonego martwego węża z butelki i połknął go bez zmrużenia oka. Że ambasador od razu zwymiotował to drobiazg. Jego rzeczywiście mdliło za każdym razem na widok pracownika, tak mu się biesiadna prowokacja zapisała w pamięci.
Więc strach przed odwołaniem za starych czasów był realny, nawet jeśli Terey przesadza w strachu. I niósł ten strach poważne skutki. Pojawiała się u pracowników udawana pokora, służalczość, upokarzająca uległość, brak inicjatywy, unikanie ryzyka, działanie na popych, a nawet zabezpieczanie się dokumentami. Minister Sikorski przypomniał kiedyś stare peerelowskie powiedzenie dyplomatów: „na gębę, to krem Nivea”, bo w istocie każdy wtedy chciał się zabezpieczyć papierem. Aż do absurdum, czyli zbierania dokumentów na wszelki wypadek. Metodę „zbierania kwitów” pięknie opowiedział Zanussi w „Personie non grata”, a choć sytuacja, w której to żona zbiera kwity na męża (na wszelki wypadek), wydaje się nieprawdopodobna, był ona zainspirowana prawdziwymi faktami.
Nigdy nie bałem się odwołania. A nawet sam chciałem się odwoływać. Było to tak. Jest rok 1990. Mam jechać na swoją pierwszą placówkę, do Wiednia, do Stałego Przedstawicielstwa przy ONZ. (Po latach dowiedziałem się, że miałem wyjeżdżać na placówkę wcześniej, jeszcze za PRL-u, ale bynajmniej nie do Wiednia, lecz do Luandy. Dowiedziałem się o tym po latach, wszystko odbywało się za moimi plecami. Pomysł z Angolą urodził się w Departamencie Kadr. Kiedy „kadry” zgłosiły się z nim do mojego przełożonego w Departamencie Studiów i Programowania – dyrektora Nowaka, ten uznał pomysł za prowokację, stanowczo go odrzucił, nawet mi nic o tej propozycji nie mówiąc. Miał już wtedy dla siebie na celu prawdopodobnie stanowisko Stałego Przedstawiciela przy ONZ (i KBWE) we Wiedniu, po ambasadorze Strulaku, a mnie, zdaje się, zaplanował sobie jako swojego zastępcę).
Więc latem 1990 r. miałem jechać do Wiednia (w którym siedziałem już od stycznia 1987 r., ale w trybie delegacyjnym, więc bez rodziny, i miałem tego rozwiązania już dosyć). Zależało mi na tym, żeby jechać latem, bo synów miałem w wieku szkolnym i przedszkolnym, więc zależało mi na tym, aby nowy rok zaczęli już w nowych szkołach. Ale w Polsce i w polskiej polityce zagranicznej tyle się działo, że kierownictwo resortu angażowało mnie w różne ważne przedsięwzięcia, a wyjazd mi odkładano. Pojechałem na początku października. I co? Po pierwsze, okazało się, że miejsc w szkołach dla moich dzieci już nie ma. Po drugie, nie ma pracy dla mojej żony. W „kadrach” powiedziano jej, że nie ma dla niej etatu w Wiedniu, ale może pójść na tzw. ryczałt w wydziale konsularnym. Lecz żeby dostać się na ryczałt, musi się z MSZ zwolnić. My, młodzi, naiwni, w te bzdury uwierzyliśmy. A tu po przyjeździe do Wiednia się okazało, że na etaty ryczałtowe jest kolejka żon dyplomatów i pracy dla mojej żony nie ma. Po trzecie, nie było dla nas odpowiedniego mieszkania służbowego. Kazano nam się wprowadzić do jakiegoś mieszkania na Dommayergasse. A tam meble w stanie dekompozycji, z widocznymi śladami wielomiesięcznego użytkowania tego mieszkania przez ekipę budowlaną, która remontowała Ambasadę – powódczane stemple na politurze, pourywane drzwiczki, poobtłukiwane kafelki, zaśmierdnięta kuchnia. I na dodatek mieszkanie ciemne jak nora i zawilgocone. A my z dziećmi. No i po czwarte, ja formalnie pojechałem na etat zastępcy stałego przedstawiciela przy ONZ i mój szef oczekiwał ode mnie, że będę się zajmował ONZ. A szefostwo w Warszawie oczekiwało z kolei, że będę się zajmować negocjacjami CFE i CSBM w ramach KBWE, bo byłem tam zastępcą szefa delegacji, a negocjacje te wchodziły w decydującą fazę. Całe szczęście na rokowaniach CFE już wiele się nie działo, bo Amerykanie właśnie wynegocjowali nieformalnie cały traktat z Sowietami, a nam pozostawało go tylko przetłumaczyć, ale Polska (przy współpracy z Węgrami) chciały jednak coś w nim zmienić, więc wyzwania były. A ja musiałem pozorować zaangażowanie w sprawy ONZ i pokątnie pracować na rokowaniach CFE i CSBM (w tym i po nocach). Sorry, ale było to ponad moje siły, mimo że nawet wtedy prawie niewyczerpane, bo młode i entuzjastyczne. Więc pękłem i postanowiłem się odwołać. Nim wysłałem podanie, napisałem prywatny list do dyrektora Nowaka uprzedzając go o swoim kroku, bo byłem przecież częścią jego planu kadrowego. Nowak przejął się sprawą bardzo poważnie. Pobiegł z listem do sekretarza stanu Makarczyka, którego wcale do interwencji nie musiał przekonywać, bo Makarczyk mnie znał (i cenił). W tydzień moje problemy zostały rozwiązane. Dla dzieci znalazły się miejsca w szkołach (tu akurat zadziałały koneksje życzliwego mi dyplomaty austriackiego (zaczynał karierę w Polsce) Helmuta Liedermanna z burmistrzem Wiednia H. Zilkiem, co w dzielnicowym wydziale oświaty wywołało niezły popłoch). Po drugie, dla żony znalazł się etat w Wydziale Konsularnym, a jej zwolnienie z pracy anulowano. Po trzecie, wprowadziliśmy się do mieszkania po attache obrony (bo i tak stało puste) w domu z ogródkiem. Po czwarte, ja dostałem etat zastępcy stałego przedstawiciela przy KBWE, i ONZ nie musiałem już zajmować. Zostaliśmy w Wiedniu na sześć lat.
Dla jasności, ja swoim odwołaniem nikogo nie szantażowałem. Ja po prostu postanowiłem wrócić. Ale znane są przypadki, kiedy pracownik próbuje odwołaniem szantażować. Nawet niedawno chodził po pewnej placówce dyplomata, który szantażował szefa: „Albo wystąpi Pan z wnioskiem o awans dla mnie, albo się odwołam do kraju, a Pan zostanie z wakatem”. I niestety szef się ugiął. I srogo potem żałował.
Po Tereyu został wakat.
