Delhijskie tablice dyplomaty: Kolonialna trauma

W 1921 r., a więc w pełni kolonialnego panowania Brytyjczyków w Indiach, służbę pełniło tu 20 tysięcy wojskowego i cywilnego personelu pochodzącego z metropolii. I te niepozorne tysiące Brytyjczyków zarządzały krajem, w którym mieszkało wtedy 320 milionów ludzi. Rządziły pewną ręką. Częścią kraju bezpośrednio, częścią, czyli ponad 400 nominalnie niezależnymi księstwami, pośrednio za pomocą swoich rezydentów, czasami bardzo samotnych. I skolonizowane Indie zrzucić z siebie tej cieniutkiej narośli nie potrafiły. Próbowały owszem, jak w powstaniu Sipajów w 1857 r., ale bezskutecznie. Podejmowano bierny opór. Też bez skutku. Indie trwały w poniżeniu.

Najazdy i obce podboje na przestrzeni tysiącleci były dla Indii chlebem powszednim. Ariowie, którzy przecież Indiom (znacznej ich części) dali język, religię, pismo, też nietutejsi, bo przed tysiącleciami przywędrowali z kazachskich stepów. A najeżdżali Indie i Persowie, i Grecy, i Turcy, i Afgańczycy, nie mówiąc o Gurkani, nazwanych za Persów sprawą Mogołami, czego tzw. Mogołowie nie znosili, bo z Mongołami Czyngis chana łączyło ich jedynie „zięciostwo”, a wiadomo, że zięć to rodzina przyszyta, jeśli w ogóle. Z obcymi przyszedł też islam, który na długie wieki stał się religią państwową. „British raj” był ostatnią formułą narzucania obcych wzorców. A Indie przybyszów wchłaniały, przyswajały, a tylko niekiedy otorbiały.

Tereya zastanawia uległość Hindusów. I ich bierność. „Potrafią się tylko jednoczyć w decyzjach na „nie”, siedzieć i dać się zatłuc… bierny opór”. Nie mają w sobie misji zmieniania świata, chcą jedynie zmieniać siebie. „Nic nie zmieniają siłą… Niech się zło samo zniszczy, a my doskonalmy siebie. Niech nam świat w tym nie przeszkadza…”

Być może to uległość, bierność, pacyfizm stały za stosunkiem do obcych inwazji. Dochodzi Terey do wniosku, że „dumni są z własnej bezsiły”. Słyszy: „Pomyśl, jest nas czterysta milionów, mrowie, podbijano nas, a myśmy zdobywców wchłaniali i dalej zostawali sobą…” Pamiętacie „Uległość” Houlebecqa? Czy da się napływ obcych do Indii przyrównać do dzisiejszego doświadczenia Europy? Bo obcy napływają do Europy milionami, co prawda nie jako najeźdźcy. Nie przejmują władzy, ale tkankę społeczną wielu państw zmieniają. Wywołują niekiedy napięcia, bo skutecznego modelu integracji migrantów na Zachodzie brak. Od Hindusów mamy się uczyć? Skądinąd dziś emigrować Europejczykowi do Indii nie jest lekko. Chyba, że do hotelu „Marigold”. Biurokracja migracyjna jest ciężka do przejścia, jeśli ktoś chce osiedlić się tu na stałe. Hindusowi legalnie pojechać do pracy w Europie jeszcze ciężej.

Mieć nad sobą obcego, Hindusa w przeszłości nie zaskakiwało. Nigdy jednak obce panowanie ich tak nie bolało jak za Brytyjczyków. Bo Brytyjczycy się nie wchłaniali? Bo przewracali im świat zastały do góry nogami? Bo wzięli mocno pod but? Ależ niektórzy z najeźdźców byli o wiele okrutniejsi. Może więc ze zbytniego daleka przyszli? Zbytnią cywilizacyjną wyższość okazywali? Upokarzali?

Odeszli Brytyjczycy na zawsze 80 lat temu. Rządzili niespełna trzysta lat. A jakiż głęboki ślad zostawili w narodowej psychice. Rzekomo.

Uczestniczę bowiem w dyskusjach europejskich ambasadorów w Nowym Delhi i co i rusz słyszę objaśnianie antyzachodnich, a zwłaszcza antyeuropejskich akcentów w dyskursie publicznym w Indiach „kolonialną traumą”. I nawet ostatnio, mimo dobrego klimatu w kontaktach politycznych, Europa służyła wielu publicystom jako dyżurny chłopiec do bicia. Wyładowywano swoją frustrację na Europie, nawet kiedy Trump w 2025 r. wprowadził karne cła na Indie. Czym ta Europa akurat w tej sprawie zawiniła?

A już historycznie jakież tu można mieć pretensje? Bo w Europie (unijnej) Brytyjczyków już nie ma. Więc co ma trauma po Brytyjczykach do takiej Polski? Mogę więc zaakceptować, że kolonialna puścizna tak zły ma wpływ, ale dlaczego na relacje z nami?

Są jeszcze oczywiście w Indiach nieliczni już matuzalemowie, którzy czasy kolonialne pamiętają, ale reszta populacji może znać te czasy tylko z opowieści. A trauma trwa. Przynajmniej w naszych, europejskich, objaśnieniach.

A dlaczego podobnej traumy europejscy ambasadorowie nie odnajdują w Pakistanie? Tłumaczą mi eksperci, że Pakistańczycy mogą żywić do dziś wdzięczność wobec Brytyjczyków za posiadanie własnego państwa. Bo Brytyjczycy ideę podziału Indii forsowali, obawiali się napięć międzyreligijnych, dyskryminacji muzułmanów. I tak, w rezultacie, dziś zamiast napięć wewnętrznych mamy konflikt międzypaństwowy, i to między państwami dysponującymi bronią nuklearną. Ostatnią jego odsłonę obserwowałem z bliska w Delhi w 2025 r. Odsłona trwała na szczęście tylko cztery dni. Jedna rakieta nawet w stronę Delhi zmierzała, ale zakończyła lot w bezpiecznej odległości od miasta. Mają Brytyjczycy kaca z powodu tego konfliktu? Nie przewidzieli, że podział Indii takie skutki przyniesie? Wolne żarty.

Słyszę więc: trauma i trauma. A może to jednak nie o traumę postkolonialną chodzi? Może o to chodzi, że zaraz po podziale Indii Zachód szybko wmontował Pakistan w system powstrzymywania Sowietów, wspierał go, a Indie w konfliktach z Pakistanem i Chinami wspierali Sowieci. Według badań jednej z instytucji europejskich 55 proc. Indusów uważa Rosjan za najlepszych przyjaciół.

Terey pracuje w Indiach, kiedy ślady po Brytyjczykach są jeszcze żywe. I on, przedstawiciel państwa wspierającego ruchy narodowowyzwoleńcze, walczącego z kolonializmem i neokolonializmem, nie tylko ślady kulturowe po Brytyjczykach zauważa, ale je dla wygody własnej wykorzystuje. Innymi słowy, zachowuje się niestety jak ninie Rosjanin na wczasach w Armenii czy Kazachstanie.

Wpajane mu są jako Europejczykowi, białemu, kolonialne nawyki. I przez ekspatów, i przez tubylców. „Nauczono go już, że powinien przyjmować usługi z lekkim zniecierpliwieniem, skoro są ich obowiązkiem, okazaniem należnej uległości, dowodem przywiązania”. Wypisał też ze swojego słów zasobu „dziękuję”. „Było to słowo, jak go pouczali zaprzyjaźnieni Hindusi, jakiego nie wolno używać wobec służby. Podziękowaniem, aż nadmiernym, jest przecież zadowolenie pana”.„Podziękowanie słowem lub uśmiechem byłoby oznaką słabości, upadkiem autorytetu. W tym kraju dziękować należy monetą”. „Jemu mieli dobrze życzyć, on powinien to przyjmować i milczeć, tak wymagał obyczaj”.

I kazano mu bez żenady korzystać z ich gościnności. Znalazł się głodny Terey w zapadłej wsi. Dawali mu ser i mleko. „Nie przyjmowali pieniędzy, pełni godności”. A on brał. Nie czuł niezręczności. Jak rasowy Brytyjczyk kiedyś?

To prawda, że tu każdego gościa obdarowywują szczodrze. W czasach Tereya nie było inaczej. Ostrzegano go: „Oni tu dają, żeby zyskać, nie z sympatii”. Nic się nie zmieniło i pod tym względem?

Hindusi pozostali i dziś usłużni. Takiego serwisu restauracyjnego (hotelowego, sklepowego) w Europie nie uświadczysz. Ktoś przyzwyczajony do uprzejmości (czyli jej braku) francuskich kelnerów, albo nawet pamiętający osobliwą manierę kelnerową PRL-u (czyli ostentacyjne chamstwo), może tu tę przesadną troskliwość indyjskich kelnerów uznać za namolną. Bo usługuje ci nie jeden, ale nawet i trzech kelnerów, bez przerwy pytając, czym ci jeszcze dogodzić. I wszystko szybko, cicho, sprawnie.

Kilka miesięcy temu wizytowałem jeden z południowych stanów Indii. Do opieki przydzielono mi sześć osób: asystentkę, osobistą służącą, przewodnika, ochroniarza, łącznika i kierowcę. Bez przerwy prawie otaczał mnie wianuszek ludzi, których jedynym zadaniem było mi dogodzić. Od siódmej rano, kiedy ten dziarski zastęp odprowadzał mnie do sali śniadaniowej, zupełnie jakbym nie mógł trafić tam sam lub bał sie przejść dwadzieścia metrów po hotelowym korytarzu. Po udanie się na spoczynek, o którejkolwiek godzinie bym sie nań nie decydował. No nieswojo sie czułem. Nie mogłem im przecież powiedzieć, że ich obecność była tyleż krępująca, co bezużyteczna. Musiałem ich zrywne oferty pomocy w najdrobniejszej sprawie, włącznie z wciskaniem przycisku w windzie, zbywać: „No, thank You, I will do it myself”. Aż się poddałem, bo tak nie chciałem ich urazić. W całej swojej karierze dyplomatycznej takiej opieki nie zaznałem. Incredible India!

Miejscowe zwyczaje kazały Tereyowi nie zauważać biedy i nieszczęścia. „Wiedział, że sprzątacz znowu obnosi swoją biedę, kole w oczy wypuszczoną na spodnie rozłażącą się szmatą. Jednak zgodnie z indyjskim obyczajem udał, że tego nie widzi, nie poniży się do spostrzegania nędzy, cierpienia, chorób”. Polakowi byłoby trudno. Serce by się mu łamało. Dlatego nie nadawaliśmy się do kolonizowania egzotycznych krain.

Otrzymuje Terey radę, by domagał się wszędzie pierwszeństwa w obsłudze. Kiedy idzie do kina, radzą mu, jeśli zobaczy kolejkę: „Hindusów mijaj śmiało, nikt nie zaprotestuje…kolonialne nawyki, czasem wydaje mi się, że lubią czuć się poniżani”. A mnie zdarzyła się historia odwrotna. Stałem grzecznie w ogonku w sklepie i to znanej europejskiej marki, między Hindusami, a kasjer mnie zignorował – kiedy przyszła moja pora, zaczął obsługiwać Hindusa, który stał za mną. Zwróciłem mu uwagę. Tłumaczył się głupio. Ale menedżera wywołać nie poprosiłem. Odgryzłem się kasjerowi w inny sposób. Mniejsza z tym, jaki.

Terey jest traktowany po vipowsku także przez lokalny personel placówki. Personelowi „nie mieściło się … w głowie, poniżałoby jego własną godność, gdyby radca wracał pieszo lub ktoś ze znajomych przy okazji go odwiózł.” W Europie dziś dyplomaci powszechnie chodzą piechotą, jeżdżą rowerami. Tu nadal raczej nie przystoi. Tylko nieliczni ambasadorowie odważą się incognito zamawiać ubera, zamiast wsiąść do służbowej limuzyny nawet w celach prywatnych. A spieszony ambasador przestaje być ambasadorem. Zdarzyło mi się z żoną, że nie czekając w samochodzie w potwornym korku na wjeździe na teren obcej ambasady, poszliśmy na przyjęcie tam na piechotę. I zostaliśmy potraktowani przez ochronę odpowiednio, czyli wcale nie po ambasadorsku. W samochodzie z flagą tylko by nam zasalutowali.

Kwestia to delikatna, bo ambasadorem w obcym kraju nie bywa sie jedynie w godzinach urzędowania. I do tego ambasador uosabia majestat swojego państwa. Z jednej strony musi się pilnować, by występując nawet incognito nie narażał wizerunku państwa na ujmę i srom (ubierając się w brudne ciuchy, upijając się na widoku, przeklinając, kłócąc sie z żoną w miejscu publicznym, pomiatając personelem sklepów czy restauracji). Z drugiej strony nie może godzić się na pomiatanie sobą, obraźliwe traktowanie, ale musi nie godzić się na to w sposób spokojny, godny i dostojny.

Postkolonialna trauma leczona jest za to goleniem Europejczyków przy transakcjach handlowych. Terey otrzymuje stosowne szkolenie od adwokata Czandry przy okazji zakupu pamiątek. Czandra tłumaczy, żeby wskazanej figurki nie brał, bo to pic i podróbka dla zachodnich turystów: „czuć kwasem solnym, sztucznie patynowana…” Doradza zaś: „niech pan weźmie kamienną głowę, której ta handlarka używa do przyciskania płachty…”. Dał dwie rupie i miał antyk.

Ponieważ doświadczenia w bazarowym targowaniu się mam z wielu kontynentów, nie uważam, że Indusi akurat są rekordzistami w zawyżaniu ceny wyjściowej. Chińczycy czy Laotańczycy, nie mówiąc o Ugandyjczykach z pewnością ich przebijają. Gorzej, że tu zawyżają ofertę przy oficjalnych przetargach. Przykład: trzeba zamontować nowe ważne urządzenie w ambasadzie. Urządzenie u producenta kosztuje 15 tysięcy euro. To samo urządzenie w kosztorysie firmy, która ma je zamontować, wyceniono na 20 tysięcy.

Ale wytykać im nieuczciwości nie wolno nigdy. Pod żadnym pozorem. „Bardziej od utraty życia boją się stracić godność. I w tym ich siła”.

Żadna obca siła na przestrzeni mileniów im poczucia własnej godności nie stępiła. Nawet w cierpieniu, nawet w upokorzeniu. Nie będą przepraszać, nie będą przyznawać się do błędu, nie będą przyjmować nieproszonych rad. Także w polityce. Urażeni, nie będą odbierać telefonów od najmożniejszych ludzi tego świata. Przynajmniej przez jakiś czas. Tacy już są.