Może Terey i nie był komunistą, niewątpliwie jednak przyjechał do Indii zaczadzony ideą postępu. I wydały mu się te Indie niestety smutnym przypadkiem zapóźnienia. Nie do końca potrafił rozgryźć, ile w tym zapóźnieniu było kulturowych uwarunkowań, ile było skutków kolonialnego upokorzenia. Oba czynniki, jako dyplomacie sił postępu i pokoju, źle mu się kojarzyły.
Indie były przez tysiąclecia społeczeństwem o ścisłej stratyfikacji. Kasty (czyli warny), dżati, dalitowie, adiwasi – tomy spisano o systemie podziałów społecznych. Nie miejsce tu, by się nad nimi rozwodzić. Terey te podziały dostrzega, kwasi się na nie ideologicznie, ale jako powód do głębszych rozważań mu nie służą.
Od czasu Tereya Indie przeszły galopująca modernizację. Przede wszystkim technologiczną i zamożnościową. Chin w tym nie przebiły, ale ostatnie dwadzieścia lat zmieniło oblicze kraju. A podziały społeczne trwają. Mimo postępu. Wszystkie rządy niepodległych Indii walczyły z dyskryminacją społeczną, wprowadzały parytety i bonusy dla niższych warstw, plasowały przedstawicieli grup upośledzonych na najwyższych stanowiskach w państwie, zabraniały używać tytułów królewskich i książęcych, odbrały ksiażętom zasiłki z budżetu państwa (privy purse), a podziały jak trwały, tak trwają. Władze w kilka lat po uzyskaniu niepodległości nie chciały się już nawet pytać o przynależność kastową w spisach ludności, by podziałów nie utrwalać, ale ludność do dziś wie, jak na takie pytanie w kwestionariuszu odpowiedzieć. Ba, ludność bezbłędnie odczytuje warny i dżati z nazwisk rodowych, a już w kontakcie bezpośrednim od razu wie, z kim ma do czynienia. Co więc robić z nazwiskami? Była w naszej, polskiej historii epizodyczna moda na zmienianie nazwisk, a w Norwegii, zdaje się, proponowano nowe nazwiska osobom, które nosiły nazwiska zbyt powszechne, ale zaordynować Hindusom odgórną zmianę tożsamości nie wchodzi przecież w grę. Bo chociażby jak mieliby się identyfikować sikhowie, gdzie „singh” i „kaur” to nazwiska należne z tytułu przynależności do wspólnoty. O innych aspektach nie wspominajmy. Więc na dzień dobry Hindusi nadal ustalają od razu po nazwisku, kto skąd pochodzi. Z czego nic dyskryminującego nie musi wynikać. Ale niekiedy wynika.
Dyskryminacja społeczna na tle urodzenia jest niewątpliwie przeżytkiem. Wszędzie. Nie będziemy tracić czasu na dowodzenie, że o pozycji człowieka w społeczeństwie powinny decydować jego talenty, charakter, dorobek własnej pracy, a nie to, kim się urodził. Chcemy zaś w społeczeństwie nie tyle złudnej równości, co równych szans. Amen. Czy kiedykolwiek uprzedzenia do ludzi gorzej urodzonych znikną? Rasizm zniknie? Postęp jest, ale jednak powolny. Wszędzie.
Terey, wbrew ideologicznemu kompasowi, który nakazywał mu łączyć się z proletariatem, lgnie bezwstydnie do arystokracji. Zaprzyjaźnia się z radżami. A ojciec radży Khaterpalii tłumaczy mu miejscowe zasady sprawiedliwości: „Prawo ludu jest usankcjonowanym bezprawiem… On się urodził radżą, musi bronić własnych przywilejów i swoich dzieci. Prawdziwa równość jest w ręku bogów, oni decydują, gdzie kto się rodzi”. Jednym zdaniem konkluzja z tego trzeźwiąca: tylko wędrówka dusz jest gwarancją sprawiedliwości. Chcesz żyć lepiej, to się staraj teraz żyć porządnie, a w następnym życiu wskoczysz do wyższej kasty, wejdziesz do pałaców, narozkoszujesz się dostatkiem. W taki to zasadniczy sposób społeczeństwo miejscowe radzi sobie z napięciami społecznymi. Od tysiącleci. Indie to kraj, który z zasady omijają wstrząsy rewolucyjne i bunty.
Chrześcijanie i muzułmanie mamią co prawda rajem na wieczność w życiu pozagrobowym, nie tylko na kolejne życie tu na ziemi jak Hindusi, ale też stanu sprawiedliwości doczesnej nie przewidują. Co prowadzi do smutnej konstatacji, że w jakiegokolwiek boga tu w Indiach nie wierzysz, sprawiedliwości za życia lepiej sam nie dochodź, bo i tak będzie ci dana dopiero po doczesnym życiu. Sparzysz się tylko. Nie tobie sprawiedliwość wymierzać. Komuniści rzucili się na ten dogmat z niesłychanym zapałem. Chcieli dowieść, że sprawiedliwość da się zagwarantować docześnie. Wymyślili pojęcie ustroju sprawiedliwości społecznej. I w starciu z rzeczywistością i oczekiwaniami sromotnie polegli. Ale w Indiach nadal rządzą w niektórych stanach. Odwiedziłem Keralę. Tam świątynia hindiustyczna obok meczetu, a meczet obok kościoła chrześcijańskiego. A na co drugim rogu flaga z sierpem i młotem. I w takiej harmonii symbolicznej Kerala ma się dobrze.
Podziały społeczne dziś na Zachodzie też pozostają głębokie. W Anglii nawet dziś na tle klasowym. A wszędzie na tle dochodowym. Z różnych powodów bogactwem już tak się jednak u nas w Europie nie obnosi. A w Skandynawii to już w ogóle. Lecz w Indiach pokazywanie statusu materialnego było za czasów Tereya normalne. Terey słyszy: „Chudy radża to chory radża…Gruby – znaczy bogaty”.
Radża prawi mu: „Pomnażanie pieniądza to sama esencja życia, wszystko za nie dostaniesz: i godności, i honory, sprawiedliwość i władzę, nie ma ludzi odpornych”. Istotnie, kto nie widział przepychu królewskich i książęcych pałaców budowanych tu w przeszłości, ten nigdy, przekraczając próg pałacu w Polsce, nie powie już: „Marian, tu jest jakby luksusowo”. Zwiedzam często radżowskie pałace. Jeden z nich, wybudowany przed ponad stu laty, stał piękny, ze smakiem umeblowany, obwieszony sztuką, wysprzątany na połysk. Zupełnie jak nieużywany. I rzeczywiście rodzina książęca nigdy w nim nie zamieszkała. Inne pałace miała do mieszkania i to całkiem obok. To był pałac na pokaz, pałac do oprowadzania gości, pałac do podziwiania.
Dziś bogaci Hindusi rezydencje nadal budują dech zapierające, ale w zupełnie nowym stylu. Ich symbolem stała się „Antilia”, 27-piętrowa rezydencja Mukesha Ambaniego wybudowana nie na ustronnych peryferiach, jak czynią to ze swoimi willami i pałacykami krezusi na Zachodzie, ale w samym środku Mumbaju. No nie sposób jej nie zauważyć oglądając miasto. I za Ambanim poszli inni milionerzy. Do jednego z takich jednorodzinnych wieżowców, wybudowanych w centrum wielkiego miasta, nawet mnie zaproszono. Na tarasie 16 piętra widok na miasto był oszałamiający, powietrze bardziej przewiewne. Ale jednak huk uliczny docierał, rozpraszał, męczył. Zapachy były nadal całkiem miejskie. No zacisznym kątem tego nie nazwiesz. Ale niewątpliwie jednorodzinny taki wieżowiec jest pomnikiem sukcesu rodziny, nieustannym przypomnieniem dla ludności miejscowej, że żyją w cieniu ludzi, których stać na wiele, a może nawet na wszystko.
Ktoś mi kiedyś tu powiedział: „Jeśli jesteś bogaty, nie ma dla ciebie lepszego miejsca do życia, jak Indie”. I coraz bardziej skłaniam się do przyznania mu racji. Tak przepysznych wesel, przyjęć, tak wdałych prywatnych rezydencji, tak licznej służby – kucharzy, kierowców, pokojówek, prywatnych trenerów, tak egzotycznych zwierząt przydomowych, i w ogóle takich możliwości wydawania pieniędzy jak tu, gdzie indziej – w Polsce, a nawet w innych bogatych krajach Zachodu (no może poza USA) – nie ma.
Tylko, powracając do spostrzeżenia Tereya, otyłość już dawno nie jest wizytówką bogactwa w Indiach. Milionerzy dbają o linię. Brzuchy i wałki na biodrach są zmorą klasy średniej. Biedni oczywiście linię nienaganną zachowują do dziś.
Terey nie ma wątpliwości: „O ileż lepiej spowitym w tiule zasiąść na wygrzanej kamiennej ławie, zapatrzyć się w zmienną grę świateł na wygłaskanych marmurach, pogrążyć w półsenne marzenie o przemijaniu. Nie słyszeć chrapliwego wołania żebraka, nie widzieć wzniesionych błagalnie kikutów trędowatego, zapomnieć o głodzie i nie zawinionym cierpieniu dzieci, odpływać, tonąc w zachwyceniu nad pięknem wieczoru, godzić się całym sobą na to, co jest i nadejdzie, szeptać ulegle: losie, czyń swoją powinność, jak skazaniec pochyla głowę bez buntu pod topór kata”. Biedy wtedy było tyle, że mogła znieczulać. Była normą. Miała wytłumaczenie. Nie znaczy to, że odruchów charytatywnych nie powodowała. i powoduje do dziś. Każda świątynia sikhijska wydaje codziennie nawet tysiące darmowych posiłków. Dzielą się ze współbraćmi i muzułmanie, i hinduistyczni wyznawcy.
Dziś bieda jest, zwłaszcza na prowincji, na wsi. W wielkich miastach o wiele rzadziej ją widać. Jeszcze kilka lat temu tłumy bezdomnych śpiących pod mostami, żebraków na dworcach i ulicach, mogły i wzruszać, i przyprawiać o mdłości. Bo opisywał ich Tereyowi Czandra: „Chłodna noc. Śpią przy ogniskach. Bezdomni. Ubodzy, umiłowani przez Boga – haridżanie. Tak nazywał ich Gandhi”. Są i dziś, ale nie aż na takim widoku. W Delhi postawiono dla nich wielkie namioty przed Szczytem G20 w 2023 r. Stoją do dziś. Zapełnione.
Nie widać też, aby dziś można za Tereyem powiedzieć, że „Hindus pali papierosa w dłoni zwiniętej w trąbkę, tak żeby nie dotknąć go ustami”. Bo przecież mógł zrobić papierosa nieczysty dalita. A przed świątyniami widać od dawna tabliczki, że mogą tam już wchodzić także haridżanie, o ile oczywiście są umyci i schludni. Więc zmieniają sie na lepsze codzienne zwyczaje.
Terey nawet odnotowuje istnienie gangsterskich dakoitów, wyjętych spod prawa, ale na własne życzenie: „Dakoici nie tykają Europejczyków, zdaje się, że nami gardzą… jesteśmy poza świętym układem kast, gorsi od najgorszych… Albo uważają nas za żywiołowe klęski, które tylko można przeczekać”.
Co może zastanawiać, to nadal tak silne poczucie potrzeby charytatywnych działań ze strony organizacji zachodnich. Bo przecież tyle bogactwa w tych Indiach, tak doskonałe kwalifikacje lekarzy, a tu nadal funkcjonują szpitale, ochronki, sierocińce prowadzone przez zachodnie instytucje. Delikatna sprawa. Ale tu od zawsze każdy pieniądz, każda pomoc przyjmowane były bez wahania. Dziś wahań więcej, ale nadal pragmatyzm, wręcz merkantylizm dominuje.
Tereya ani bieda dołuje, ani bogactwo nie razi.
Kolejna osobliwość Indii to w obserwacjach Tereya przedmiotowe traktowanie kobiet. Grace, wyemancypowana przecież kobieta, zwierza mu się o radży – jej mężu: „Nabył mnie jak sprzęt domowy. Nikt mnie nie zapytał o zdanie, po prostu oznajmiono mi, że tak ma być.” A radża pośrednio potwierdza: „Małżeństwo jest jakby gwarancją długotrwałego kredytu, jakiego udzielam teściowi”. I wyprzedzająco zbywa protesty: „Miłość to wymysł literatów, filmowców i dziennikarzy”. Aranżowane małżeństwa praktykowane były pod sztandarami wielu religii, w każdym zakątku świata. Nie tylko na wyższych stopniach drabiny społecznej, między monarszymi dynastiami, między biznesowymi potentatkami. Na dole też. Przypomnijmy sobie naszego swojskiego Borynę. A że Grace się kulturowemu przymusowi poddaje, to już inna sprawa, bo „dziewczyna nie miała w sobie pokory indyjskich kobiet, nie czekała z opuszczonymi powiekami i pochyloną głową, aż ją mężczyzna raczy dostrzec, zaszczyci skinieniem…” . A mimo to.
Jakoś te małżeństwa musiały się dobierać. I nadal muszą. Nadal czesto są aranżowane. Dla mnie dziś zabawnym i słodkim obrazkiem są w Delhi pary wysiadujące skromnie na ławkach, przechadzające się po ścieżkach, rozkładające się na trawnikach. Delijskie parki pełne są ich na wiosnę. Siedzą sobie te pary, rozmawiają, ale za ręce nawet boją się chwytać, czułości jakichkolwiek okazywać, choćby wzrokiem, gestem. Tak się sami z siebie dobierają, bez pomocy rodzin.
W Polsce tego już nie zobaczysz. A tym bardziej jeszcze bardziej intymnych scen. W Polsce już nikt nie rozumie, dlaczego parki, zagajniki i zarośla zwane były kiedyś małpimi gajami, nikt się nie zastanowi, skąd się wzięły sąsiadujące ze sobą na obrzeżu Warszawy: Wesoła, Miłosna, Pohulanka, Radość. Wtedy w Indiach Terey zauważa, że „…większą czułość okazują sobie mężczyźni, chodzą objęci, trzymają się za ręce, wplatają kwiaty we włosy… Chłopca i dziewczyny nie widziałem idących pod rękę”. „Z filmów trzebiono każdy poufały gest obejmujących się par, a pocałunki wywoływały pomruk oburzenia…”
Purytańska cenzura obyczajowa, o której opowiada Terey przy okazji dopuszczania filmów do pokazu, nadal się tu trzyma, choć stosowana jest mniej rygorystycznie. I zachodzą w głowę turyści, skąd takie wyhamowanie i powściągliwość w kraju Kamasutry, Khajuraho i generalnie rozbuchanej erotyki podwiązanej pod refleksję duchową.
Przedmiotowość kobiety stereotypowo dowodzono bezapelacyjnie praktyką sati. Terey słyszy, jak to żona Kriszana po jego śmierci, w czasie kremacji „rzuciła się na stos, chciała być spalona żywcem….”. Śmierć męża odbierała kobiecie sens istnienia. Dlaczego? „Jest wdową. Według starego obyczaju ona też umarła. Przynajmniej jej serce”. Sati już na szczęście dawno zakazano.
Nikt jednak nikogo, w tym kobiety, nie mógł zmuszać do dbania o zdrowie. „Znał tutejsze obyczaje, niczego nie wolno przeprowadzać na siłę. Chora nie chce – jej prawo, rozporządza sobą. Żaden lekarz jej nie tknie”. Kiedy żona Kriszana pogrążyła się w przewlekłej chorobie, on zachowywał się jak wyzuty z emocji: „Niech już zemrze, albo niech wyzdrowieje”. Sekretarka Judyta skomentowała to celnie: „Bydlak”.
Odnotujmy tylko dla porządku, że w Azji Południowej nadal praktykowane jest okaleczanie narządów płciowych u dziewczynek. Żeby tylko w Azji Południowej.
Kobieta za Tereya tyle posiadała, ile nosiła na sobie. „Będzie strażnikiem skarbu, który na sobie nosi. Gdy jej braknie pieniędzy, przyjdzie na tę ulicę, postawi nogę na stopniu, złotnik wybije nity lub przepiłuje bransoletę, rzuci na szalę i zapłaci”. Obfitość złotych bransolet na rękach i nogach nadal się rzuca w oczy. Już dawno jednak nie trzeba ich spieniężać w chwili potrzeby. Bo są „chwilówki”, na wyciagnięcie ręki. Jak w Polsce.
Terey skłania się ku tezie, że pruderyjne zakazy i nakazy obowiązujące w przestrzeni publicznej wyostrzają tylko popędy. Prostytucja ma się za jego pobytu dobrze, przemoc seksualna na porządku dziennym. Jest Terey świadkiem wydarzenia groteskowego. Prostytutki przyszły do siedziby Parlamentu złożyć petycję, aby nie wysiedlano je 25 mil poza Delhi. „Zabawne… wywołują posłów po imieniu”. Pyta się Terey Hindusa: „Czy pan kiedy bywał u nich?” „Pewnie” – słyszy odpowiedź. Więc komentuje: „Sprawy ciała są omotane tu zakazami, że stale was pociągają i niepokoją”. Ale nadziewa się na ripostę: „To nie jest wasze, upodlające kupowanie ciała …One maja prawo wyboru…Pozwól im myśleć po swojemu”. Terey jednak obrazkiem protestujących prostytutek był oszołomiony. W jego komunistycznej ojczyźnie purytanizm obowiązywał totalny. Żadnej pornografii, żadnych sprośności, żadnej prostytucji. A kobietę miała wyzwolić łatwość rozwodów, swoboda aborcji i maskulinizacja aspiracji zawodowych. Dziś na uniwersytetach w Delhi, Mumbaju, Kolkacie rozkwitają gender studies, ciurkiem organizowane są feministyczne seminaria. Na dobrym poziomie. Jako zadeklarowany feminista sam w nich uczestniczyłem.
No i jako przedstawiciela władzy propagującej materializm dialektyczny turbuje Tereya miejscowy nadmiar duchowości. Poraża go obrazek, na którym wzdłuż drogi „szedł i upadał półnagi Hindus”. Był to sadhu, święty pielgrzym. Można ich było wtedy spotkać na każdym kroku. Ale tym razem twarz była znajoma. To Balvant Sudar, urzędnik państwowy. „Pan jest z węgierskiej ambasady. A ja… Urzędnik, do którego pan miał jeszcze nie dawno interesy, umarł, narodziłem się ja …Zostałem wezwany… wstąpiło we mnie światło, zrozumiałem bezsens pracy w moim biurze, pojąłem, że trwonię życie zamiast siebie doskonalić… Idę naprzeciw źródła światłości… Zostawcie mi choć odrobinę wolności”.
Takie przypadki mogły istotnie dotyczyć urzędników indyjskiego MSZ. Wtedy. Nie potrafię sobie jednak przypomnieć, aby ktokolwiek w polskim MSZ za czterdzieści lat mojej z nim znajomości, doznał równie potężnej iluminacji, postanowił wyzwolić się z więcierzy materialnych potrzeb i namiętności, udał się do pustelni duchowej, zamknął w zakonie kontemplacyjnym. Dla porządku odnotuję jednak, że kiedy kierowałem delegaturą UE w Armenii, moim podwładnym był urzędnik kontraktowy Komisji Europejskiej, który w wieku już dojrzałym został księdzem. Nie mógł sie doczekać unijnej emerytury po to, aby móc objąć w końcu wyznaczoną mu parafię. W naszej, polskiej służbie znałem osoby, które uprawiały dyplomację po nieudanej próbie wyzwolenia się na teologa, albo i nawet wyzwolenia się na tzw. osobę stanu duchowego. Ale nie pamiętam nikogo, kto z dyplomacji odszedłby dziś do klasztoru. A może niekiedy i powinien.
Co ciekawe, za oznakę zapóźnienia w Indiach Terey nie odnotowuje piętrzących się tam gór śmieci. „Każdy śmieć odrzucony w europejskiej dzielnicy bywał tutaj po trzykroć obejrzany. Wszystko się mogło przydać…”. W ten sposób góry śmieci kiedyś podlegały samoczyszczeniu. Dziś już wszystko aż tak się nie przydaje. Dlatego nadal leżą i czekają na swój sądny dzień. Zwłaszcza plastik w każdej postaci. Brodzimy i my dyplomaci w tym plastiku.
Terey ulega stereotypom? Wszyscy mu się tu zlewają w jeden obraz: głowy w chmurach, ręce w kieszeniach (najczęściej cudzych), nogi w odchodach? Czekałem, aż Terey wyda to z siebie. Na szczęście nie wydał.
Nie może ścierpieć, że nie chcą się zmieniać?
Zdaje się, że z misji krzewienia postępu rezygnuje. Dociera do niego prawda historią mileniów podparta: nie próbuj zmieniać Indii, bo to Indie zmienią ciebie.
