Delhijskie tablice dyplomaty: Heroldzi przyszłości

Dziennikarz Nagar zmurszałą statyczność Indii brał za pewnik. Mówił Tereyowi: „Trzymam zakład, że jak się spotkamy za dziesięć lat, największa różnica będzie w cenach whisky, oczywiście podrożeje”. Bo Indie trwały w okowach tradycji, zwyczajów niezmiennych, przyzwyczajeń wielopokoleniowych. Bez dekoracyjnych retuszy można było po wsiach kręcić tam filmy rozgrywające się w czasach Aszoki czy dynastii Guptów. No unikając oczywiście widoku meczetów, gurdwarów czy kościołów.

A trzy dekady temu Indie ruszyły tak do przodu, że gdzie nie spojrzeć nowoczesność postawiła niezmywalne stemple na krajobrazie. Może nie w takim tempie jak Chiny. Może nie z takimi jeszcze osiągnięciami. Ale zmiana jest. Nagar gryzłby się w język.

Jednocześnie rządzące elity wyrzekać się tradycji i konserwatywnej tożsamości nie chcą. Chiny czy Korea, a nawet Japonia poszły torem zachodnich mód konsumpcyjnych. Zrzuciły tradycyjne stroje, przemeblowały nawet mieszkania pod zachodnie standardy. Diety do końca nie zmieniły, ale urozmaiciły ją kosmopolitycznymi smakami. A Indie starych przyzwyczajeń zmieniać nie chcą. Politycy i urzędnicy noszą dżodpuri, kurtki Nehru, kurty, lungi, dhoti, a kobiety na stanowiskach – sari, a nawet salwary. Co więc nie mówić o prostym ludzie. I z pewnością zachodnie garnitury biznesowe i kostiumy wygodniejsze są na co dzień w biurowej pracy, i często się je widuje, to tradycyjne stroje nadal zakłada się masowo na co dzień, nie tylko od święta jak dirndl w Austrii czy jak gunie i kierpce na Podhalu. Mieliśmy górali w Polsce nawet na ministerialnych stanowiskach, ale w portkach z parzenicą do pracy nie chodzili. A tu chodzą.

Mówiono kiedyś w Polsce: chcesz zobaczyć, jak będą żyć twoje dzieci, jedź do Stanów Zjednoczonych. Dziś nikt tak nie powie. Ameryka przestała nam już tak wyraźnie przewodzić także pod względem cywilizacyjnego i kulturowego rozwoju. Oczywiście film i muzyka amerykańskie wyznaczają pewne trendy, ale nie kopiowane są one już tak bezmyślnie. Może poza romantycznymi komediami, sitcomami i rapem.

Chiny i Indie rosną w potęgę. I jeśliby przemogły rywalizacyjne nastawienie, jeśliby uregulowały spory, to wyrosłyby na duopol chindyjski rządzący światem. Trzy miliardy ludzi to potęga sama w sobie taka, że duopol ten wygrywałby każde globalne referendum. Oczywiście eksperci popadają zawsze w pułapkę ekstrapolowania przyszłości na podstawie obecnych trendów, a nikt nie jest w stanie powiedzieć, czy i Chiny, i Indie nie wpadną czasem w dołek, choćby podobny japońskiemu. Wałęsa chciał budować drugą Japonię i obśmiewano go za to, a tu proszę w 2025 r. zrównały się dochody na głowę mieszkańca (z uwzględnieniem siły nabywczej) w obu państwach. Polska przegoniła pod względem zamożności Japonię.

Chiny zgłaszają już aspiracje do przywództwa światowego, Indie ambicji tak donośnie nie artykułują, ale chcą niewątpliwie być uważane za jednego z kilku decydujących graczy w polityce międzynarodowej.

Czy za przywództwem Chin i Indii szłaby próba nasadzania wzorców cywilizacyjnych? Bo za przywództwem Zachodu przecież szła. Różnie mówią eksperci.

Słyszę tu, że świat powinien co najmniej przejąć od Indii jogę i ajurwedę. Joga poprawiłaby nastroje społeczne, wpoiłaby ludziom pozytywne myślenie, uczyniłaby ich sprawnymi fizycznie, a zaaplikowana jako filozofia wypleniłaby zło, agresję i przemoc w stosunkach międzynarodowych. Ajurweda zaś zapobiegłaby pandemiom, chorobom cywilizacyjnym, życie wydłużyłaby w szczęściu. Potęga indyjska za pomocą jogi i ajurwedy zmieniłaby świat na lepsze. Tak tu słyszę i to na szczytach.

Że ajurweda nie jest bynajmniej metodą naukową, że często na Zachodzie ucieka się do niej w desperacji, albo w stanie zblazowania dbałością o zdrowie, mniejsza o to. Choć trudno jednak uwierzyć, że z pomocą ajurwedy pokonać łatwiej byłoby COVID, bo tu pandemiczna kostucha zebrała potworne żniwo. Jak joga rozprawiłaby się z naszymi dolegliwościami krążeniowo-wytrzymałościowymi, nie wiem. A już niektóre filozoficzne zasady jogi słabo się komponują we współczesnym społeczeństwie. Ahimsa owszem. Satya, Asteya też. Ale Iśvarapranidhana jednak dziś może być wpuszczaniem nas w ślepą uliczkę. Ja w każdym razie w nią bym się nie zapuszczał.

A co by się stało, gdyby Indie swoje porządki wewnętrzne, styl życia propagowały (nigdy nie powiem: narzucały) w świecie?

Zacznijmy od ruchu drogowego. Przed ponad dwudziestu laty w kilku europejskich miastach przeprowadzono eksperyment polegający na usunięciu znaków drogowych i świateł. I okazało się, że liczba wypadków i kolizji spadła. Co zresztą przewidywali eksperci, posługując się teorią gier. Brak znaków wzmagał koncentrację, ograniczał zaufanie do innych uczestników ruchu, wywoływał kooperatywne zachowanie. Konkluzje szokujące. Indie do tych wniosków doszły już dawno temu.

Znaki drogowe tu są, choć ich znacznie mniej niż w Europie. O wiele mniej też świateł. Ale i tak tych znaków i świateł raczej się nie przestrzega. Jazda okrakiem po linii rozgraniczającej pasy jezdni, przekraczanie podwójnej ciągłej, jazda pod prąd (także na rondzie), przejazd na czerwonym świetle, parkowanie na zakazie zatrzymywania się i to w trzy rzędy, wymuszanie pierwszeństwa, wyprzedzanie na zapałki, żyletki, ocierając się o lusterka boczne – zjawiska to nagminne. I co? Spędzam co dzień średnio dwie godziny w samochodzie i za rok pobytu widziałem w Delhi może ze dwie stłuczki. Czyli działa. A przy tym wszyscy te naruszania przepisów traktują za spokojem, z policją drogową na czele, której tu mrowie na ulicach. Nikt nie krzyczy: „jak jedziesz, baranie!”, nikt nie wygraża pięścią, nie pokazuje środkowego palca, nie bluzga, nie robi głupich min. Nikt nie próbuje odgrywać roli szeryfa. Tak, proszę państwa, w Indiach nie ma takich drogowych bonzów.

Na początku oswojenie się ze stylem jazdy miejscowych kierowców kosztuje wiele wysiłku. I stres jest niesamowity. Ale skutek – mniej wypadków i chamstwa – do pozazdroszczenia. A jeszcze jedno – łyżka dziegciu: trąbią tu na potęgę. Wręcz do trąbienia zapraszają. Na ciężarówkach nadal spotkać można napisy: „Honk to overtake”. Przekonałem jednak moich kierowców, żeby już oni akurat nie trąbili.

Ale, wracając do wątku zasadniczego, mogą Hindusi mówić, że byli prekursorami zdejmowania znaków drogowych i jazdy w miastach, nazwijmy ją intuicyjną, choć inni będą się upierać, że trzeba o niej mówić jako chaotycznej.

Teraz już z innej beczki i bardziej poważnie – Hindusi byli niewątpliwie prekursorami wegetarianizmu. Bogaty Zachód odkrył wegetarianizm jako dietę zdrowszą dla ludzi i przyjaźniejszą dla środowiska naturalnego stosunkowo niedawno. Teraz to moda, wcześniej – żywieniowa (i religijna) konieczność. Polacy praktykowali powszechnie wegetarianizm w piątki, a przez wieki co najmniej na przednówku.

Hindusi odkryli zalety wegetarianizmu przed tysiącleciami. I Indie są niewątpliwie rajem dla wegetarian. Nawet byle paneer podają na tyle sposobów, że klękajcie narody. Zestaw wegetariański jest domyślnym wyborem w rejsach samolotowych i w wyższej klasie w pociągach. U nas jeśli chce się w samolocie posilić jarsko, trzeba to wcześniej notyfikować. Tu na odwrót. Nie notyfikujesz, to mięsa może dla ciebie nie starczyć.

Hindusi wyprzedzili więc świat w propagowaniu zdrowego odżywiania. Może więc też przekonają cywilizację zachodnią, że zdrowiej jest odrzucić widelce i wrócić do jedzenia palcami. Już Terey słyszał: „Po to mamy palce, żeby wszystko wymieszać, ugnieść i zjeść, jak ludzie jedzą”. A w Agrze nawet delegat Cejlonu prawił mu: „Ryż z curry należy jeść zgodnie z naturą, dłonią można smakować, cieszyć się gęstością tej papki…Nie dam się pozbawić rozkoszy tradycyjnego jedzenia”. Potwierdzam: nadal jedzą palcami, nawet dygnitarze. A bogatsi nie potrafią inaczej niż ze srebrnych talerzy. Fajans a nawet porcelana są w ich mniemaniu dla ludzi szkodliwe.

Kolejny wątek. Nie wiem, kto wymyślił „psiecko”, ale neologizm ten odzwierciedla rosnącą na Zachodzie tendencję do traktowania zwierząt jak członków rodziny, budowania z nimi szczególnych więzi, obdarzania ich uczuciami silniejszymi nieraz niż żywionymi wobec innych ludzi. W Indiach praktykowano to od tysiącleci. Przypomniał o tym we wrześniu 2025 r. sam premier Modi, stwierdzając, że w Indiach nikt nie uważa krowy za zwierzę.

Krowy przechadzają się po miejskich ulicach, cierpliwie omijane przez zmotoryzowanych. Nikt krów nie pogania klaksonem, nikt ich nie obwinia za tworzące się z ich powodu korki. Krowy nie są bezdomne. Mają dokąd wrócić na noc. Te uliczne krowy nie dają już mleka, wypuszczane są więc na swobodę i cieszą się nią do woli na ulicznym wyraju w ostatnich latach swojego żywota. Nadal czczone. Jak za Tereya, któremu tłumaczono: „święta krowa … więc wszystko, co od niej pochodzi, kryje siłę magiczną….” Z jej moczu powstają lekarstwa. Próbowano nimi leczyć i COVID. Proszę nie pytać mnie o rezultaty. Były przypadki, że tych którzy je kontestowali, ich świętość uznawali za mamidło, potraktowano mało sympatycznie. Być może to ich przodkowie podburzali Tereya, prawiąc, że „te miliony krów są naszą klęską, niszcząc pola głodzą ludzi, zabierając im pokarm pozbawiają życia. Te stada wędrujące niepostrzeżenie pożerają ludzi”. Dziś nikt tak nie powie. „Zielona rewolucja” wybawiła Indie od zagrożenia głodem. Pożywienia tu dość. Także dla krów.

Panteon świętych stworzeń jest tu zresztą spory. Należy do niego i paw. „Paw jest tu świętym ptakiem. Zresztą diabli wiedzą, co tu nie jest święte, bo i małpa, i wąż, i krowa.” Z pawiami i małpami do czynienia mam dość często. Pawie budzą mnie co dzień o świcie, a świt latem potrafi przyjść bardzo wcześnie. Ale ich status wyjmuje pawie spod krytyki. Krzyknąć mi na nie za okno i przepłoszyć całkiem nie przystoi. Małpy, które mogą być niebezpieczne i w poczuciu zagrożenia mogą i ugryźć czy podrapać, też odganiać należy bez uciekania się do aktów przemocy.

I ostatni na dziś przykład, jak to Zachód podąża za Indiami w zachowaniach kulturowych. W Polsce 40 proc. wszystkich pochówków stanowią kremacje. A w dużych miastach kremuje się 50-70 proc. zmarłych. Bo miejsc na cmentarzach brak, bo kremacyjnych pochówek o wiele tańszy, bo krematoriów przybyło. Wcześniej kremowano jedynie śmiertelne ofiary masowych epidemii, o ludobójczych krematoriach budowanych przez Niemców w II wojnie światowej nie zapominając. A wcześniej składano ofiary całopalenia. W Polsce kremować do lat niedawnych nikogo nie chciano. A dziś trend nabiera na sile z każdym dniem.

W Wielkiej Brytanii pierwsze kremacje zwłok odbyły się w 1883 r., a dziś spopiela się tam 80 proc. zwłok. W Szwajcarii to już w ogóle tradycyjne pochówki są wyjątkiem. W Szwecji też stanowią może 10 proc. wszystkich pochowków.

A w Indiach kremacje zwłok praktykuje się przecież od tysiącleci.

Tereyowi palenie zwłok musi przeszkadzać. A to z obsesją odnotowuje drażniący mu nozdrza kremacyjny swąd, a to z przekąsem komentuje losy starszego brata radży Khaterpalii. Otóż brat radży zmarł. Złożono go na kremacyjnym stosie. Ale okazało się, że ożył. Zmartwychwstał wszakże lekko nadpalony. Nie do poznania. Ale rozpoznała go żona. I tak nadzieja brata na przejęcie spadku w przyszłości po bogatym ojcu upadła. Szybko starszy brat jednak zmarł. Ale, ale, ale …zostawił żonę w ciąży. Historia makabryczna, a Terey się nią egzaltuje. Dając do zrozumienia, że stoi za tą inscenizacją mecenas Czandra.

A był i jest w tych kremacjach głęboki sens.

Wszystko to opisuję, jak jest. Konstatuję jedynie fakty. Proszę mnie jeszcze nie podejrzewać o zauroczenie Indiami. Terey je u Margit wyśmiewał. „Terey słuchał z pobłażliwym uśmiechem: zauroczenie Indiami. Jeszcze się zachwyci życiem duchowym, filozofią wyrzeczenia. A potem dostrzeże skutki. Pojmie…”

U mnie po sporym już przecież czasie pobytu wyjątkowa beznamiętność. Powiedziałbym: profesjonalna beznamiętność. Ale jednak wyobraźnia pracuje i pobudza ją myśl, jak żyłby świat, w nim i Polska, gdyby z różnych powodów miał kopiować miejscowe cywilizacyjne wzorce.