Poznałem czworo byłych ambasadorów Indii w Polsce. Żadna z tych osób nie mówi w języku polskim. Nie nauczyli się. Przyswoili może z kilka słów. Wszyscy darzą Polskę sympatią, wszyscy dobrze wspominają czas spędzony w Polsce. Poznawali nasz kraj od podstaw. Nie dysponowali uprzednią wiedzą. Żadne z nich nie było nawet słowianologiem. Chociażby europologiem. Znajomość Polski nie była kryterium obsadzenia ich w roli ambasadora w naszym kraju.
Czy można uczciwie wlubić się w kraj nie znając jego języka, nie poznawszy dobrze jego historii, obyczajów, kultury? Jak widać, owszem można.
Indyjska służba dyplomatyczna ma wybitnie profesjonalny charakter. Jest służbą elitarną. Dostać się tam, to jak przez ucho igielne się przecisnąć. Dyplomata ichni ma być urzędnikiem omnibusowym. Dziś może być dyplomatą dwustronnym, jutro – wielostronnym, a pojutrze konsulem. Dziś może zajmować się Azją, jutro – Europą, a pojutrze Afryką. Przejeżdżać musi z placówki na placówkę bez zaplanowanego na lata wprzód scenariusza. Dobrze musi znać interesy i potrzeby Indii. Interesów i potrzeb kraju urzędowania uczy się z reguły już na miejscu.
Polska służba dyplomatyczna nie potrafi się jeszcze wyzwolić do końca z sowieckiego modelu służby dyplomatycznej, czyli modelu opartego na wąskiej specjalizacji. Amerykanista, zwłaszcza łaciński, do końca kariery był za PRL-u skazany na pracę w Ameryce, sinolog czy indolog – na Azję, specjalista od bezpieczeństwa krążył po ciasnym (ale jakże wygodnym) kręgu Nowego Jorku, Wiednia czy Genewy. A już konsularnik mógł na zawsze utknąć na wizach i apostillach. Zdarzały się wyjątki, w tym i całkiem niefortunne. Przed laty jeden z naszych multilateralistów rzucony został na posadę konsula generalnego. I tak mu się wtedy spodobało udzielanie ślubów małżeńskich, że uznał, iż posiadane przez niego wtedy stosowne uprawnienia mają charakter bezterminowy. Pojechał na kolejną placówkę jako ambasador i, dawaj, nadal te śluby celebrował. Okazało się, że nielegalnie. Zupełnie jakby organista podszył się pod księdza. I co zrobił na tę okoliczność nasz MSZ? Cicho, pssst! Zmieniamy temat.
Czy trzeba zatem znać kraj pobytu od podszewki, by dobrze spełniać w nim swoją misję? Terey indologiem nie był. Znał znakomicie rodzimą kulturę, ale Indii uczył się na miejscu. Nie on jeden. Ja również indologiem nie jestem, ale mam nad Tereyem tę przewagę, że moja żona przez sześć lat wkuwała język hindi, zdała z dobrym wynikiem egzamin państwowy, studiowała historię Indii, ich politykę, gospodarkę, wszystko, co się z nimi wiąże. Uczyła się hindi nie z własnego wyboru, bo skierował ją na tę naukę PRL-owski MSZ. I została z tym hindi jak Himilsbach z angielskim. Przez 36 lat pracy w MSZ nikomu nie przyszło do głowy, aby jej znajomość języka wykorzystać. Język straciła, ale zgromadziła o Indiach pokaźną biblioteczkę domową, z której przez minione prawie pół wieku od czasu do czasu korzystałem. Kompleksów więc nie mam. Wiem o Indiach o wiele więcej niż typowy ambasador Indii o Polsce. Czy muszę wiedzieć więcej?
Przed laty wypytywałem znajomków w Europejskiej Służbie Działań Zewnętrznych, dlaczego tylu naszych wybitnych specjalistów od krajów, w których to chcieli zostać unijnymi ambasadorami, odpadało w konkursach, i to boleśnie. Słyszałem powtarzającą się opinię, że co prawda znakomicie znali realia kraju akredytacji, ale kompromitowali się brakiem wiedzy o Unii Europejskiej, mechanizmach jej działania, a przede wszystkim zupełnie nie wiedzieli, na czym polegają interesy Unii w danym kraju. Krajoznawstwo zatem w karierze unijnej nie zawsze pomagało.
Z pewnością trudno nauczyć się o Indiach więcej, będąc od nich oddzielony barierą językową. W wymogach stawianych kandydatom na wyjazd do Nowego Delhi nasz MSZ domaga się znajomości języka angielskiego lub hindi. Czyli samo hindi może wystarczyć? No niestety, całkiem nie wystarczy. Są bowiem wielkie połacie Indii, gdzie po hindi aż tak powszechnie nadal się nie mówi. Byłem w Kaszmirze, byłem w Kerali. Po angielsku owszem można się dogadać nawet na wsiach zapadłych. Na hindi – nie zawsze, nie bardzo. Miał być angielski językiem dla Indii bardzo przejściowym. Ale nadal trwa w niezastąpieniu. I tu kropkę postawmy, żeby nie wejść na grząski grunt polityki. W Delhi oczywiście znajomość hindi bardzo pomaga, zwłaszcza jeśli ją sprytnie ukrywamy, przebywając wśród tubylców. Nasłyszy się człowiek nieraz, że ech.
Wydawało mi się, że angielski znam dobrze. Mówię co prawda z akcentem, ale rozumiem wszystko. Oczywiście Szkota na ulicy muszę prosić o mówienie powolne, dużymi literami. Amerykanina z Południa też. I Australijczyka. Ale poza tym dogaduję się po angielsku raczej wszędzie. Myślałem, że w Indiach wszyscy (no prawie wszyscy) mówią po angielsku. Owszem mówią, zwłaszcza ci dobrze wykształceni, ale dogadać się z nimi, zwłaszcza w Delhi, czasami zupełnie nie mogę.
Pamiętacie Hrundi V. Bakshi i jego „Birdie Num Num”? Oczywiście, że nie pamiętacie, nie kojarzycie zupełnie, więc sobie wyguglujcie. Wyskoczy wam Peter Sellers w jego przebojowej roli w The Party. Dla wielu Indusów robienie sobie beki z pomalowanego na brąz człowieka, mówiącego w stereotypowo prześmiewczy sposób, było obrazą większą niż głupawkowy akcent komisarza Clouseau dla Francuzów. Dziś nie do zaakceptowania. Więc wielki szacun dla Indiry Gandhi, że nie udawała, że filmu nie zna, że się na Hollywood za film obraziła, jak Kazachowie za Borata, ale nawet podchwyciła mądrości Hrundiego w swoich wypowiedziach publicznych. Cytowała chociażby jego ripostę na czyniony mu wyrzut: „who do you think you are”, bo Hrundi odparł: „In India we don’t think who we are, we know who we are”.
Hindusi zachowują w angielskim melodykę języka hindi, „t” brzmi jak „d”, równie retrofleksyjnie, „v” miesza się z „w”, krótkie „e” wstępuje jako długie „e”, spłaszczają się dyftongi, „sh” przerabiane jest na „s”. Może Anglik bez problemu bierze poprawkę na miejscowe zniekształcenia fonetyki. Ja mam z tym cały czas problem. Ale jest to niewątpliwie angielski śpiewniejszy niż oryginał, gramatycznie poprawny, niepodrabialny. Całe szczęście Indusi mój angielski rozumieją bezbłędnie.
A to jest istotne. Stary dyplomatyczny dowcip opisuje, jak to zapytano dyplomatę pewnego znanego kraju, którego język ojczysty nie czyni różnicy między „r” a „l”, o częstotliwość aktu wyborczego: „How often do you have election?” Odpowiedział niezmącony: „I have erection every day”.
Wśród personelu Ambasady węgierskiej w Delhi lat pięćdziesiątych są oczywiście pracownicy, którzy języka obcego nie znają, i to żadnego. To była niestety także zmora polskiej dyplomacji ówczesnych czasów. Na wszystkich szczeblach. Dyplomaci nie znali języków obcych, a i z ojczystym miewali potworne problemy. A personel pomocniczy mimo wielkich chęci czasami bariery językowej przełamać nie potrafił. W czasach PRL-u krążył dowcip o dyżurnym Ambasady, który odbierając telefon w czasie weekendu dostojnie informował dzwoniących: „Embasy is klozet. Drink tumoroł”.
Inna peerelowska anegdota bohaterem lapsusu czyniła naszego ambasadora, który pospiesznie na placówce zaczął uczyć się języka hiszpańskiego. Na audiencji u szefa państwa przyjmującego chciał się swoja znajomością języka pochwalić. Kiedy gospodarz zapytał go, jak się miewa po chorobie, chciał odpowiedzieć, że każdego dnia lepiej, czyli „cada dia mejor”. A odpowiedział: „Cada dia mujer”, co rozmówcy prawie trzewi nie rozerwało ze śmiechu.
Terey nie wgłębia się w swoje językowe konfrontacje z tubylcami. Zdaje się, że narrator jego perypetii sam ma z językami obcymi problemy. Przekręca imiona i nazwiska węgierskie. W jednym przypadku stosuje wersję pisaną, w innym – fonetyczną. A już pogrąża go wybór imienia dla kochanki Tereya. Australijka staje się Margit. Nie Maggie, Meg, Peggy, Ritą, Daisy, Gretą, Gretchen, czy Molly, ale Margit. Jakby urodziła się Węgierką.
Dyplomata kraj urzędowania winien znać na tyle dobrze, by móc odczytywać pozyskiwane informacje w kontekście kulturowym czy historycznym, umieć czytać między wierszami, być wyczulonym na wrażliwość ludzi, z którymi ma do czynienia. Jeśli pobyt w kraju go odrzuca, tubylców nie rozumie, i rozumieć nie chce, nie potrafi, jeśli patrzy na nich z góry, kieruje w ich stronę złe emocje, powinien dać sobie spokój i zmienić lokalizację. Równie niebezpieczne jest zakochanie się w kraju pobytu bez pamięci, bezkrytyczna miłość i zafascynowanie. Dyplomatom zdarza się to często. Po kilku latach pracy zamiast krajowi własnemu bardziej ambasadorują krajowi pobytu. Znana to i opisana jednostka chorobowa. Jest jeszcze sytuacja pośrednia, czyli „love-and-hate relationship”. Przyznali mi się do tego nawet niektórzy moi współpracownicy.
W Indiach zachowywanie uczuciowej obojętności pozostaje olbrzymim wyzwaniem. Lubiąc ją czy nie lubiąc, zanurzają się w otaczającej rzeczywistości. Stają się od Indii ekspertami.
Dyplomaci często traktują pobyt na placówce jako zbieranie materiałów o kraju pobytu, aby potem błysnąć sobie swoją wiedzą, pisząc książkę o historii kraju, jego polityce, czy chociażby gastronomii. Na tym ma polegać ich rola? Wielką bolączką polskiej dyplomacji, i to tej dzisiejszej, jest to, że dusi ją obowiązek sprawozdawczości, raportowania, opisu. A mało w niej przestrzeni dla inicjowania działań politycznych, wpływania na rzeczywistość, kreowania polityki. I w ocenie placówki tępi biurokraci wyżej stawiają ilość przekazywanej informacji niż placówki sprawczość, czyli wysiłek wkładany w lobbowanie, załatwianie spraw i interesów, tworzenie korzystnego wizerunku kraju.
Terey materiałów do książki zdaje się nie zbierał, chociaż sam powstał do życia z doświadczeń dyplomatycznych autora powieści. Nie sili się na polemikę, kiedy słyszy od Margit: „My się tych Indii nigdy nie nauczymy”.
Może i lepiej nawet nie próbować. Dyplomaci indyjscy w Polsce zdaje się nie doświadczają zupełnie podobnego dylematu.
