Volga była w Delhi centrum dyplomatycznego świata za czasów Tereya. Krzyżowały się w niej drogi nie tylko dyplomatów. Losy się wokół niej splatały. Bo przecież Terey „kierował się do Volgi na mrożoną kawę, kiedy spostrzega pannę Ward”.
„Panował tu półmrok i paliły się elektryczne światła, stwarzając złudę nocy. Mimo aromatów mocnej kawy, którą roznoszono w kolbach umocowanych na statywach, i powiewu bijącego z maszyn chłodzących, prawie nie słychać było gwaru rozmów, osowiali Hindusi siedzieli przy stolikach z głowami wspartymi na rękach, pięknookie kobiety bawiły się kwiatem lub łyżeczką, krusząc ciastka. Chińczyk wybijał jazzowe rytmy.”
Volgi w Delhi już nie uświadczysz. Zamknęła swoje podwoje w 2010 r. Zdążyłem ją jeszcze odwiedzić w 2003 r. Ale już wtedy reputację miała marną. Stoczyła się do poziomu taniego baru alkoholowego.
Utworzył ją tuż po ogłoszeniu niepodległości Madan Lamba, uchodźca z Pendżabu. Bo kupił w Lahore bar od jakiego Rosjanina, a kiedy stolica Pendżabu okazała się w granicach Pakistanu, ruszył do Delhi z nazwą samą, kupił lokal i założył knajpkę przy Connaught Place (Block B). I jego knajpka zaczęła przyciągać polityków, wyższych urzędników, czołowych biznesmenów, a za nimi, wiadomo, przypłynęli dyplomaci obcych państw. Jeszcze do początku lat dziewięćdziesiątych odbywały się tam konferencje prasowe burmistrza Delhi. Służyła do oficjalnych lunchów i dinnerów, ale też była miejscem czysto kawiarnianych spotkań. Umawiano się tu na spotkania matrymonialne między rodzinami, które tu dziewosłębiły swoje latorośle, czyli aranżowały związki małżeńskie, i to bez obecności zainteresowanych najbardziej. Odbywało się świętowanie urodzin, rocznic ślubów.
Słynna była Volga z aromatu kawy Coda, kawy parzonej na zimno. I z jazzowej muzyki.
Ale Delhi już od lat siedemdziesiątych zaczęło obrastać w luksusowe hotele, z dekadami coraz bardziej luksusowe, więc elitarna klientela przesunęła się tam. Za nią, jak panny za mundurem, dyplomaci. Ażeby na siebie zarobić, Volga poszła w alkohol. Z rodzinnej restauracji stała się w latach 90-ych barem. Alkohol, czyli piwo przede wszystkim, wciąż tam taniał, żeby przyciągać klientów, zwłaszcza młodych. Aż zdegenerowała się Volga do obskurnej „zabiegałowki”. Czy była na to skazana? Raczej nie. Jej długoletnia konkurentka, czyli restauracja „Embassy”, się ostała, i to w wydaniu eleganckim. Jednak tam, jeśli dyplomatów uświadczysz, to od wielkiego dzwonu.
W dyplomacji towarem wymiennym, a niekiedy i monetą transakcyjną, jest informacja. Im bardziej niedostępna władza w państwie przyjmującym, im szczelniejsza bariera informacyjna oddzielająca władzę od opinii publicznej, tym informacja cenniejsza. W Polsce, w odróżnieniu od Indii – wczoraj i dziś, wszystko jest transparentne. Politycy toczą ze sobą dialog za pośrednictwem mediów, wszystkie tajne spotkania szybko są relacjonowane w mediach, opinia publiczna dowiaduje się o planowanych zmianach kadrowych wcześniej od samych zainteresowanych, których dotykają roszady. Nudno musi być w Warszawie obcym dyplomatom. Informacja sama wpada im ręce, nie trzeba o nią walczyć. Nie trzeba bawić się w informacyjną giełdę.
Pozyskuje się informację, by przekazywać ją do centrali, czyli MSZ. Pozyskuje się ją nie zawsze od źródła miejscowego. Dostarczycielami informacji mogą być, i najczęściej są, koledzy z korpusu dyplomatycznego. Spotkania korpusu, przyjęcia, cocktaile to naturalna okazja do wymiany informacji. Bo w dyplomacji, jak w życiu handlowym, obowiązuje zasada „coś za coś”. Nie masz informacji na wymianę, długo na giełdzie nie pograsz. Nie da się być nastawionym tylko na odbiór. Im cenniejsze informacje posiadasz, tym wyższa twoja pozycja w korpusie. Bo znaczy, że masz dojścia. Dojścia, to kontakty. A kontakty to możliwość załatwienia spraw.
Gdzie informacja, tam plotka, pogłoska, fakt niesprawdzony. Dyplomaci to plotkarze całą gębą.
Lokale gastronomiczne to naturalne miejsca cichej i spokojnej wymiany informacji, ocen i spostrzeżeń. Są oczywiście miejsca specjalne jak Delegates’ Lounge w siedzibie ONZ w Nowym Jorku, czy Plac Luksemburski w Brukseli. Pisałem o tym oddzielnie. Ale z zasady do spotkań służą lokale gastronomiczne.
Początek mojej kariery przypadł na Wiedeń. Tam miejscem na szybką plotkarską kawę były 40 lat temu śródmiejskie kawiarnie. Cysternę kawy wypiłem w Cafe Central, Cafe Landtman, Cafe Hawelka, Cafe Goldegg, Cafe Schwarzenberg. Choć na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy otwarły się granice, ruszyły na te kawiarnie roje turystów. Zrobiło się tłoczno i głośno. Trzeba było wynajdywać wciąż nowe miejsca.
Takim miejscem w Delhi za Tereya była Volga.
Dziś w Delhi funkcjonuje ponad 160 przedstawicielstw dyplomatycznych. Niech każde państwo urządzi raz w roku przyjęcie, choćby z okazji święta narodowego, jak wymaga tradycja. Chociaż nie wszystkie państwa po prawdzie na to stać. Za to inne stać na to, aby zapraszać na rauty więcej niż raz. W sumie wychodzi, że, odliczając weekendy, codziennie się coś dzieje, co angażuje ambasadora. Im niżej w hierarchii, tym okazji mniej, ale są. Tyle że recepcyjne spędy to rejwach, szum i chaos. Trudno o sensowną rozmowę. Co i rusz ktoś nowy się wcina, inny przerywa, zmienia wątek, kelner zakłóca konwersację. Ten harmider nie ustaje nawet na czas oficjalnych przemówień, które są nieodłączną częścią przyjęć narodowych. Jeszcze przy hymnach tłum się wstrzymuje, trzyma język za zębami, nie pobrzdąkuje sztućcami. Ale jak zaczną mówić ambasador i notabl miejscowy języki idą w ruch. A oni wygłaszają te zasadnicze przemówienia, długie i nudne, udając że ktokolwiek ich słucha. Te przemówienia to najbardziej kontrproduktywny rytuał dyplomatycznych przyjęć. A jak otworzą się po przemówieniach podgrzewane korytka z jedzeniem, to gwar przycicha tylko na chwilę. Potem szum narasta z każdym kieliszkiem skonsumowanego wina. Poświęcę jeszcze tym przyjęciom specjalny wpis.
Więc spokojniejsze miejsca teoretycznie powinny być w cenie, także w Delhi. Ale dyplomaci na mieście podejmują przede wszystkim odwiedzające kraj delegacje. W celach zapoznania ich z miejscową kuchnią. Najczęściej w pięciogwiazdkowych hotelach. Tego akurat staram się unikać. Lepiej jednak zabierać gości do sprawdzonych restauracji poza hotelami.
Restauracje te zresztą i tak wyglądają tu inaczej niż za Tereya. W Voldze na przykład „między stolikami krążył służący i gościom podsuwał przed oczy tablicę, na której wypisano nazwiska wzywanych do telefonu”. Do głowy by mu nie przyszło, że wynajdzie ludzkość kiedyś telefony komórkowe.
Terey szybko rozeznał się w specjalnościach zakładu. „Zacznij od tego ciastka… Jest posypane prawdziwym srebrem… Oni uważają srebro za dodatek niezbędny dla dobrego samopoczucia… Srebra się nie czuje… A to zielone od spodu? Masa pistacjowa.” Przyniesiono mi to ciastko ze srebrną owijką niedawno w jednej z luksusowych delhijskich restauracji. Volga upadła, ale tradycje cukiernicze przetrwały.
W Voldze można było spędzić i pół dnia. Kiedy Margit narzeka: „A ja czekam i czekam w Voldze…”, Terey jej tylko odparowuje: „Mogę ci tylko zazdrościć. Mocna kawa, lody”
Klimaty panowały w tej kawiarni dziś nieznane, dawno zapomniane. „W cukierni zdjęto zasłony, słońce wpadając przez okna prześwietlało ławice niebieskawych dymów papierosowych. Wentylatory nie szumiały, więc gwar głosów rozpadał się wyraźnie na angielski i hindi. Ciche śmiechy kobiet, brzęk łyżeczek i klaśnięcie w dłonie, które miało przywołać kelnera, zwracały uwagę sąsiednich stolików… Niełatwo było o miejsce.”
„Kelner…nalewał kawę z retorty, którą postawił nad spirytusowym palnikiem, niebieski płomyk świecił w półmroku żałobnie”.„Podsuwała filiżankę ku szklanej kolbie, zawieszonej na statywie. Tak w Voldze zaznaczano, że jest aromatyczna i mocna, przygotowana jak w pracowni alchemika.”
Nigdzie już w Delhi nie wolno palić w lokalach, nie wirują wentylatory, kawy nie podaje się z retorty, nie podgrzewa się jej palnikiem (oczywiście jeszcze się podaje taką kawę, niedawno mi tak podano, ale to rzadkość, więc dla efektu piszę: nie podaje się i nie podgrzewa).
I nigdzie się już tak nie wymienia dyplomatyczną informacją.
Do wymiany informacji dyplomatycznej służy dziś Signal. Na Whatsappie gada się ze światem pozadyplomatycznym i w sposób oględny, bo jednak Whatsapp za bezpieczny nie uchodzi. Na Signalu można już całkiem darować sobie dyplomatyczną poprawność. Powstają zamknięte dyplomatyczne grupy. Grupa ambasadorów Unii Europejskiej jest na Signalu wysoce aktywna. I bardzo w pracy pomocna. Koledzy dzielą się ciekawymi materiałami prasowymi, posyłają linki do publikacji, zdjęć, filmów. A nade wszystko wymienają się informacją o udziale w imprezach, koordynują reakcję na zaproszenia, uzgadniają wspólne stanowisko na wydarzenia. Żadna kawiarnia nie zastąpi Signala. Tracimy oczywiście wiele z atmosfery kawiarnianej, zastolikowych chichów, gastronomicznej mimiki; kąśliwe komentarze rekompensujemy co najwyżej emotkami. Ale darujemy sobie płone pogaduszki, operujemy konkretem, a wszystko w czasie tzw. rzeczywistym, chybko i do rąk własnych.
Pika mi ten Signal, plumka nieustannie, rozprasza, ale jakież daje poczucie bezpieczeństwa informacyjnego: zawsze wiem, co się dzieje. Dyplomatyczne czaty na komunikatorach to nowy mało jeszcze opisany rodzaj dyplomacji. Nasi polscy eksperci od praktyki dyplomatycznej mają o co uzupełniać swoje podręczniki.
Tyle o czatach. No nie bądźmy naiwni. Nie wszystko się niestety nadaje na czaty, bo one jednak ślad zostawiają. Wiec nadal to co najwartościowsze, przekazujemy sobie ustnie. Ale też przez Signala. Jakżeżby inaczej.
W sumie – stajemy się przedłużeniem komunikatorów. Przestajemy mieć ambicję tworzyć. Bo samo przekazywanie tak wypełnia czas? Tworzy ułudę zapracowania? Może komuś zależy, żeby nas informacjami zatykać, zalewać nasz aparat poznawczy sosem z informacyjnych rolek, przyduszać imperatywem posłusznego klikania na „prześlij”.
Terey był od tego wolny. Jak mu zazdroszczę. Czegoś zazdrościć mu muszę. Bo nie po to posłużył mi za pretekst i obiekt opisu dyplomatycznego Delhi, żeby tylko po nim jak na łysej kobyle jeździć.
