Delhijskie tablice dyplomaty: Czy Indie potrafią odmienić człowieka?

Jeden z moich kolegów – ambasadorów unijnych, doświadczony dyplomata, po kilku egzotycznych placówkach, na you-tubowym filmiku wyznaje: „Indie odmieniły moje życie”. A odmiana ta miała miejsce w czasach dawnych, na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy Indie były biedne, brudne i nieprzystępne, a on z kraju bogatego, ułożonego, wypucowanego na glanc. I te Indie mojego kolegę dokumentnie zaczadziły. Błąkając się po świecie jako dyplomatyczny nomada, marzył tylko o jednym – zostać ambasadorem swojego kraju w Indiach. I końcu został. Marzenie spełnił.

Tereya Indie podobno też odmieniły. Radża mu to chce uświadomić: „Ludzie zaczynają mówić, że Indie ciebie odmieniły”. Terey nie chce się bynajmniej przyznać. Odparowuje sarkastycznie: „Tak…Powiedz im, że uprawiam jogę i mam godziny skupienia, wtedy milczę”. I po prawdzie trudno u niego tę zmianę było zauważyć.

Mnie zmieniła Afryka, czyli pobyt na placówce w Nairobi w latach 1999-2002. Nie żebym się dał Afryce wchłonąć, w niej, broń Boże, się zabujał. Bynajmniej, bynajmniej. Afrykanistą się nie stałem, kulturą tubylczą nie nasiąkłem. Był poza tym dla mnie pobyt w Nairobi jednym z najbardziej upokarzających doświadczeń zawodowych. Czułem się jak fizyk nuklearny lub filozof fenomenologiczny zatrudniony do pracy w kotłowni. Jak opozycjoniści w Czechosłowacji po 1968 r. Nic tylko było wpaść w deprechę. A nie wpadłem.

Po powrocie do Warszawy okazało się, że dał mi ten pobyt zesłańczy w Afryce ogromny impuls rozwojowy. A zdałem sobie z tego w pełni sprawę dopiero po latach. Po pierwsze, rozszerzyłem swoje horyzonty geostrategiczne. Do wyjazdu tam byłem klinicznie europocentryczny, a co najwyżej euroatlantyckocentryczny. I spojrzałem nagle na Europę z oddalonej i zdrowej perspektywy. Przestała dla mnie być pępkiem politycznego uniwersum. Wyjrzała mi mała, skurczona, oderwana od świata. Nim jeszcze na dobre Chiny weszły na mocarstwową ścieżkę, zdiagnozowałem dla siebie nieuchronność relatywnego marginalizowania się wpływów Zachodu. No i dostrzegłem, z niemałym bólem, prowincjonalizm polskiej polityki zagranicznej. Usprawiedliwiony, bo przemeblowywanie naszego najbliższego środowiska strategicznego absorbowało całą naszą uwagę. I słusznie.

Po drugie, miałem tam po raz pierwszy od dłuższego czasu, od lat licealnych i pierwszego roku studiów z pewnością, mnóstwo czasu na lektury. Ale nie czytałem bynajmniej ksiąg niezbędnych mi z punktu widzenia zawodowego, czyli prac o polityce, dyplomacji. Poszedłem szeroko, szeroko w rewiry literatury dla mnie irrelewantnie pięknej. I te lektury, jak się po latach okazało, pozwoliły mi przesunąć granice mojego postrzegania świata. Dostrzegłem świat ukrywający się mi dotąd za horyzontem, we wszystkich możliwych tego znaczeniach Okazało się też, że Afryka zmieniła mi gusta – muzyczne, literackie, plastyczne, filmowe. Zupełnie niezauważalnie, niechcący, a nawet podstępnie. No a najważniejsze, zmieniła mi postrzeganie czasu. Dodała cierpliwości, wydłużyła perspektywę, zmieniła zasadniczo jego wektor.

Wróciłem z tej mojej katalitycznej Afryki, objąłem szefostwo Departamentu Strategii MSZ i zobaczyłem, że w trzy lata zostawiłem w tyle w rozwoju zawodowym, nieskromnie to odnotuję, moich kolegów, i to o kilka długości. Oni trwali w zakleszczeniu, pogrążali się w myślowej rutynie, zurzędniczali się dokumentnie. Oczywiście robili kariery, niektórzy z nich wysforowali się przede mnie pod tym względem, że mogłem tylko zazdrościć, ale jednocześnie na każdym kroku czułem, że intelektualnie i koncepcyjnie nad nimi góruję, że mój czas musi nadejść, a zawdzięczam to wszystko swojemu afrykańskiemu epizodowi. Niby zostałem przez wyjazd tam zepchnięty na głębokie peryferia polskiej dyplomacji, a wracałem wyrośnięty ponad jej ówczesny rozmiar.

Afryka stała się moim błogosławieństwem. Ale przecież nie dlatego, że to była Afryka, Kenia. Mogła być to równie dobrze Kambodża, Urugwaj czy Korea. (Pamiętacie tę piosenkę: „This could be Rotterdam or anywhere, Liverpool or Rome, 'Cause Rotterdam is anywhere,
Anywhere alone, Anywhere alone”). Tak sobie myślę. Po latach. A do Afryki bynajmniej mnie emocjonalnie nie ciągnie. Mimo wdzięczności.

Więc mogę zrozumieć, że innym posłużyć może za oczyszczający impuls pobyt w Indiach. Wierzę, że Indie mogły komuś odmienić życie.

Nie mogę jednak jeszcze zrozumieć, kiedy ktoś szuka odrodzenia w stawaniu się Indusem. Śmieszą mnie dyplomaci, którzy szyją sobie tu kurtki Nehru, zakochują się w bollywoodzkich filmach, przejmują miejscowe gusta, a czynią to wręcz demonstracyjnie. Niektórzy w ten sposób starają się cynicznie przypodobać, bo nie są w stanie inaczej zdobyć sympatii tubylców. Integrują się na pokaz. Nie o nich mi chodzi. Nie chodzi mi też o tych, którzy wędrują do Kerali czy Karnataki, by poddawać się procedurom Ajurwedy. Bo czynią tak często albo z desperacji, albo ze zblazowania ogólnego. Nadziwić się tylko im nie mogę, kiedy przekonują siebie i świat cały, że to im pomaga. Ale czego to człowiek nie potrafi sobie wmówić. Indie chcą odgrywać rolę światowego przywódcy w promowaniu tzw. medycyny tradycyjnej czy też naturalnej. Ja rozumiem, że medycyna oparta na nauce robi jeszcze niewystarczające postępy, ale przecież wiek mamy już dwudziesty pierwszy, pora odzwyczajać się od szamanów, znachorów i guślarzy. W Indiach co prawda nadaje im się doktoraty i obdarza profesurą. Idźmy – będę się upierał – wszakże mimo wszystko w stronę nauki.

Tysiące, setki tysięcy, a historycznie to pewno nawet i miliony racjonalnych, wyedukowanych przedstawicieli Zachodu szukało w Indiach odnowy duchowej, co najmniej zaocznie, a wielu przez bezpośredni kontakt tu na miejscu z życiem duchowym Indii. Można zrozumieć, że ludzie nadal nie są w stanie odnaleźć sensu życia i zbudować równowagę mentalną bez religii, bez absolutu, bez Boga, bez odwołania się do rzeczywistości transcendentalnej. Całe szczęście mogą wybierać. Jakoś Bóg tak już się ludziom objawiał, że dał się im ubrać w rozmaite doktrynalne szaty, dał się opisać w różnych świętych księgach, dał się związać jako źródło różnych, czasem odmiennych systemów nakazów i zakazów. Jest to niewątpliwie trwały fenomen rozwoju cywilizacji ludzkiej. Pojawiały się próby synkretyzacji, ale jakoś się nie przebiły. Opatrzność im nie sprzyjała? Jest w światowym pluralizmie religijnym zamysł boży? Ludzie mają więc w czym wybierać. Dwie światowe religie są prakseologicznie uniwersalne. Chrześcijaństwo i islam krzepły wpisując w doktrynę postulat niesienia wiary. Hinduizm wielką religią jest, ale raczej nienachalną. Nie chcesz w jego bogów wierzyć, proszę bardzo, ale to tylko twoja strata. Nie ma w nim zapału prozelitycznego. Ja przynajmniej dotąd nie zauważyłem.

Indie uważają się za duchowe centrum świata. Nie tylko dlatego, że hinduizm jest tu traktowany jako matka wszystkich religii. Czy istotnie tu pierwszy raz wyłoniła się koncepcja dojrzałego Boga, wyzwolonego od prymitywnych animistycznych czy totemicznych przedstawień? Być może. Wedy są niewątpliwie wielkim pomnikiem literatury. Przepastnie bogatym, objętościowo wielokrotnie przekraczającym Biblię, a filozoficznie wzbijającym się na niedosięgłe dla autorów Biblii poziomy.

Mahabharata (i Ramajana) to niewątpliwie klucz do tożsamości Hindusów. Znajomość z nimi zawdzięczam oczywiście Peterowi Brookowi, zapisowi jego monumentalnego przedstawienia teatralnego. Zawsze żałowałem, że nie dane było mi przeżyć tego spektaklu w Awinionie. Ale oglądałem telewizyjne kawałki totalnie zmesmeryzowany. Brook podał je oczywiście w uniwersalistycznej interpretacji. I rozumiem wszystkich, którzy nawet przy powierzchownej znajomości z kulturą indyjską mogą się nią zafascynować, ba, mogą się jej treściami wzbogacić. Ale ciężko mi nadal zrozumieć, jak można się z nimi duchowo zintegrować, jak zmyć można z pierwotnego zapisu kody zachodnie, chrześcijańskie zwłaszcza, i nanieść na sczyszczoną tablicę jestestwa osobniczego nowy, całkiem odmienny zapis. Rozumiem, że można przejąć rytuały, że można pójść za nowymi kanonami, ale stworzyć sobie na nowo egzystencjalną tożsamość, umyka to mojej wyobraźni. Sorry.

I nie wiem, jak w tych nowych duchowych szatach można wejść harmonijnie w odmienną wspólnotę, a współtworzyć jej kulturowe produkty, to już w głowie mi się nie mieści.

Jakaś obcość zawsze w nas pozostanie.

Czy jakikolwiek cudzoziemiec, żyjący w Polsce nawet od dziesięcioleci, byłby w stanie nakręcić takie filmy, jak „Rejs”, „Miś’, „Dzień świra”? Czy jakikolwiek cudzoziemiec opisałby Polskę, jak Sienkiewicz w „Ogniem i mieczem”, Reymont w „Chłopach”, Gombrowicz w „Ferdydurke”, Pilch w „Tysiącu spokojnych miast”?

Wierzę w nieprzekraczalne tajemnice tożsamości narodowej, granice poznania narodowej mentalności, nieusuwalne plemienne kody egzystencjalne. Globalizacja kulturowa (o, wielkie dzięki ci, Internecie) rozwija w nas empatię kulturową, napędza dyfuzję wartości, symboli i znaczeń. Odbarwia z narodowych odcieni świadomość, ale prowokuje też reakcję obronną.

Wyjechałem za granicę w wieku lat dwudziestu. Zacząłem przemieszkiwać w środowisku kulturowo mi odmiennym, choć słowiańskim, jednak obcojęzycznym, posługującym się kodami ciężko mi zrozumiałymi, nawet na poziomie codziennym, bytowym. Niektóre zachowania mogłem zrozumieć, niektóre wręcz naśladować. Ale bardzo szybko odezwała się tożsamość moja osobowa. I postawiła pytanie: gdzie jest moja granica wtapiania się w obcą kulturę, gdzie jest moja linia Maginota, z upadkiem której proces wzbogacania mojego „ja” obcą treścią zacznie mnie unicestwiać, mnie jako mnie, a na gruzach z powodu klęski mojego układu immunologicznego powstanie człowiek nowy, może nawet bardzo mi obcy?

U mnie, jak widać, opór pojawił się dość wcześnie i to opór silny. Jednym z jego trwałych skutków jest absolutna odmowa naśladowania oryginalnych akcentów podczas mówienia w obcym języku. A dwa znam dość dobrze, na tyle by płynnie w nich mówić. I zwalczam rusycyzmy i anglicyzmy w moim języku. Maniakalnie. Choć i sam je popełniam.

Więc już potem żadna zagranica nie była w stanie mnie odpolszczyć. Od prawie pół wieku przemieszkuję w tej zagranicy, mniej lub bardziej egzotycznej, z małymi interludiami. I cały czas siebie w pierwotnym wydaniu rozpoznaję.

Gdzie się daje, demonstruję swoją niezmywalną polskość. Prowokacyjnie, teatralnie. Poczynając od porannej kawy w biurze, parzonej po polsku, czyli wrzątkiem na zmieloną kawę, koniecznie w szklance, podanej na spodku, którym sobie szklankę mogę przykryć, żeby kawa doszła.

A w obiad popijam schabowego przesłodzonym kompotem.

Mnie Indie nie są w stanie odmienić. Ale mogą wzbogacić, proszę bardzo.