Terey, jak każdy dyplomata, cieszył się przywilejami i immunitetami, co czyniło go niewątpliwie „bardziej równym” mieszkańcem Indii, „równiejszym” od tubylców. Był osobą ponad prawem, czyli mógł, chociażby, naruszać ustawicznie przepisy o ruchu drogowym bez najmniejszych konsekwencji, a jego szef, ambasador Bajcsy to już w ogóle, jak pamiętamy, siał bezkarnie śmierć na drodze. A było to jeszcze w czasach, nim zakres immunitetu dyplomatycznego skodyfikowała Konwencja Wiedeńska (z 1961 r.). Przed wiekami tak lekko nie bywało. Zdarzało się, że dyplomatów wrzucano do lochów, zamykano w więzieniach, aresztowywano. I to jeszcze w XVIII wieku. Przypomnijmy też, że ZSRR po agresji 17 września 1939 r. internował naszych dyplomatów pracujących w ZSRR (pozwolono im wyjechać z ZSRR po interwencji, trudno uwierzyć, ambasadora pierwszego agresora, czyli Niemiec), a losy Jerzego Matusińskiego, konsula generalnego RP w Kijowie, aresztowanego razem z dwoma kierowcami, pozostają do dziś nieznane. Prawdopodobnie został na Łubiance zamordowany.
Tendencja w świecie zachodnim jest oczywista: immunitet nie jest w praktyce absolutny – za ciężkie przestępstwa może nawet dyplomata odpowiadać, a jego państwo może mu immunitet wycofać. Może mu nawet kazać zapłacić za mandaty drogowe. A w sprawach cywilnych niezwiązanych z jego funkcją dyplomatę nic nie chroni. Można mu i alimenty zasądzić.
Dzisiejsze Indie nadal pozostają państwem, gdzie dyplomata może czuć się rozpieszczany. Oczywiście nie płaci żadnych miejscowych podatków, refundowany mu jest tutejszy odpowiednik VAT-u przy zakupach, nie płaci cła. Ma legitymację dyplomatyczną, która uprawnia go do odwiedzania muzeów i atrakcji turystycznych po taryfach jak dla obywateli Indii, a w Indiach tubylcy płacą za wejście co najmniej 10 razy mniej, a czasami nawet dwadzieścia razy mniej niż cudzoziemcy. Tylko w Kaszmirze kasjerzy się temu ulgowemu traktowaniu nas opierali. To daje całkiem spore oszczędności. Kiedy byliśmy na placówce w Nairobi, przebicie na wejściówkach do parków narodowych było podobnie wysokie. Dyplomaci powszechnie na obce legitymacje wprowadzali odwiedzającą ich rodzinę i innych gości. Biała twarz dla kontrolerów zawsze wyglądała tak samo, byleby płeć z grubsza się zgadzała.
Ambasadorowie akredytowani w Indiach mają zapewnioną na lotniskach obsługę specjalną nawet przy podróżach wewnętrznych. Przysługuje im tzw. rezerwowy salonik VIP-owski, nie muszą więc tłoczyć się w poczekalniach, nie muszą stać w kolejce do kontroli bezpieczeństwa, w ogóle są obsługiwani poza kolejkami. A jeśli gmach lotniska duży to wożeni są do bramki i rękawa sprytnymi meleksami. Niestety bez przysługującej im na pojazdach narodowej bandery. Wszyscy dyplomaci przechodzą na rejsach międzynarodowych kontrolę paszportową na wydzielonych stanowiskach dla dyplomatów. Mogą parkować przy lotniskach na specjalnych parkingach. W Delhi wychodzą z lotniska specjalnymi drzwiami. Są to proszę państwa udogodnienia, które na szeroko rozumianym Zachodzie, w tym w Polsce, już dawno zostały zarzucone. Aha, każda placówka otrzymuje też kilka przepustek, które pozwalają pracownikom ambasady swobodnie poruszać się po lotnisku. To jednak na zasadzie wzajemności.
Widząc te preferencyjne traktowanie, te tabliczki „diplomats only” może miejscowy obywatel, a zagraniczny turysta tym bardziej, sobie pomyśleć: dyplomata to ma klawe życie. Nawet radca. Bo ambasador to już w ogóle.
Większość państw zachodnich, i nie tylko zachodnich, zapewnia swoim ambasadorom w Delhi pałacowe rezydencje. Rezydencja polskiego ambasadora liczy sobie 700 metrów kwadratowych powierzchni mieszkalnej i bynajmniej nie jest największa. Choć jest wyjątkowa pod względem architektonicznym i wartość ma historyczną. Jest czego nam zazdrościć. Samych sypialni pięć. Salonów i saloników, gabinetów i gabinecików, łazienek i kuchni też grubo więcej niż skromnej rodzinie potrzeba. W Erywaniu za moich czasów ambasador unijny miał do dyspozycji nawet więcej niż te 700 metrów kwadratowych, ale tam powierzchnię „robił” kryty basen i strefa saun.
Te rezydencje z reguły opasane są rozległymi ogrodami, osadzone są na wystrzyżonych trawnikach, oplecione bujnym starodrzewem. Wielu szefów państw lub rządów może zazdrościć ich własnym ambasadorom w Delhi takich rezydencji. W europejskich stolicach, nadal spotyka się rozkoszne rezydencje ambasadorskie, ale już tylko z rzadka.
I przecież nie chodzi w tych pysznych rezydencjach o wygodę. Tu, czyli na sporych połaciach Globalnego Południa, chodzi o prestiż państwa. Często są to rezydencje odziedziczone po starych czasach, rezydencje, których zwyczajnie sprzedać szkoda.
Dają takie rezydencje znakomite narzędzie reprezentacyjne. Można gościć, bez konieczności płacenia za wynajem sali, setki ludzi na przyjęciach, zapraszać na kameralne kolacje w domowych warunkach, bez restauracyjnego gwaru i wścibskich spojrzeń.
Ale, powiedzmy sobie szczerze, dyplomacja na Zachodzie, nawet w wymiarze reprezentacyjnym, odchodzi od przepychu i zamaszystości. I słusznie.
W Delhi przestrzennie się mieszkało polskim dyplomatom niższej rangi i za czasów PRL-u. Radca Terey mieszkał sam w wygodnym domku. Jego polski odpowiednik w latach 70-ych wprowadziłby się do 140-metrowego segmentu. Jak na czasy komuny – warunki luksusowe. Miał architekt Witold Cęckiewicz wyobraźnię i odwagę.
Mnie koniec PRL-u zastał na 20 metrach kwadratowych wynajmowanego mieszkania, które zajmowaliśmy w cztery osoby (wspierani przez teściową). Tak nas w Polsce pieściła komuna. Upadek ustroju rozsunął nam ściany i dał przestrzeń. Cieszyliśmy się jak dzieci. W październiku 1990 r. we Wiedniu wprowadziliśmy się do domku z ogrodem, a w domku – dwa salony, dwie sypialnie, jadalnia, kuchnia i dwie łazienki. Nic tylko się rozejść do zajęć na osobności. Ale tak żeśmy się zżyli w czteroosobowej rodzinie przez lata bez kawałka własnej podłogi, że po staremu wspólny czas spędzaliśmy nadal w jednym pokoju. Dzieci z trudem się przyzwyczajały do odrabiania lekcji i zabaw u siebie. Siedzieliśmy więc na kupie jak w bursie na Obrońców.
Dyplomaci w Delhi nie znają prywatności. Terey miał swojego Pereirę – kucharza i służącego, miał i swojego czokidara. Dziś każdy polski dyplomata ma tutaj nadal swoją majdkę (od angielskiego – maid, czyli pokojówka). Majdka gotuje, sprząta, pierze, prasuje, a nawet opiekuje się dziećmi. Za małe pieniądze. W Polsce dyplomatę by stać nie było. Tu jest.
Ambasador służbę ma państwową – kucharza (kucharkę/pokojówkę), kamerdynera, ogrodników, a nawet technika, który pomoże mu wymienić przepaloną żarówkę. Bramy strzegą ochroniarze. Życie codzienne taka opieka ułatwia bezdyskusyjnie. Ale pozbawia prywatności, jako się rzekło. Coś za coś.
Są oczywiście polscy dyplomaci, nawet słuszni już wiekiem, których obecność służby nie krępuje. Bo z rodzin pochodzą, które nawet w PRL-u bez służby obyć się nie mogły. Nawet jeśli władza komunistyczna pozbawiła po wojnie rodzinę dochodu, majątku, żal było pozbywać się gosposi, co zawsze przy rodzinie była, pomagiera domowego, co to węgiel do piwnicy wrzucał, wodę z hydrantu nosił, drzwi naprawiał, śnieg sprzed wejścia odgarniał. Do wychowania małego dziecka zatrudniano nianię. Potem takie dziecko szło w wieku sześciu lat do przedszkola, aby choć trochę mogło się oswoić z życiem w kolektywie przed rozpoczęciem edukacji szkolnej, i okazywało się, że to dziecko jest jedynym starszakiem, które nie potrafi sobie zawiązać sznurowadła w bucie. Chowano nam paniczów nawet w PRL-u. Ich na starość obecność służby w ambasadorskiej rezydencji nie demoralizuje. Traktują ją jak członków rodziny. Z szacunkiem, empatią. A chodzą po ambasadach opowieści o kierownikach placówek, których posiadanie służby demoralizowało. Do poziomu „władców much”. Ze szturchaniem, pokrzykiwaniem, upokarzaniem.
Ale w wielu już państwach mogą ci kiedyś bezbronni pracownicy obsługi, w tym miejscowi, dochodzić swoich praw przed miejscowymi sądami. Nawet w obliczu prozaicznego mobbingu.
Szefowie placówek mają do dyspozycji reprezentacyjne limuzyny, w tym do celów prywatnych, ale za opłatą. Zapominają nawet, jak się samochód prowadzi. Od komunikacji masowej, taksówek, uberów mają prawo się odzwyczaić.
I dostają jeszcze prezenty. Nieustannie. W Indiach, kraju o najwyższych standardach gościnności, sypią się one przy każdej okazji wizyty czy spotkania. Kiedyś na szyi wieszano dyplomatom girlandy, dziś szaliczki. Do Ambasady przy okazji każdego święta suną paczki i paczuszki ze słodyczami, orzeszkami, owocami. Trafiają się i krawaty, i apaszki, i spinki, i spineczki. A jeszcze i butelki skapują, choć nie od Indusów. Zachodnie służby dyplomatyczne, i nie tylko one, mają ścisłe ograniczenia na tzw. korzyści osobiste, wszystkie powyżej kilkudziesięciu dolarów muszą być zgłaszane, rejestrowane i akceptowane przez zwierzchników. Więc się je akceptuje, bo zwracać przecież byłoby nieuprzejmie. W języku dyplomatycznym byłby to afront.
Tak hołubiony dyplomata, a ambasador w szczególności, a świeżej wody może tym bardziej, może się przenieść do innej niż znane mu dotąd rzeczywistości. Niektórzy dochodzą do tego, że nawet członków własnej rozdziny, dzieci własne przyuczają, aby także w domu zwracać się do nich per „ekscelencjo”.
Więc kiedy dyplomacie kończy się misja i wraca do ojczyzny, kiedy immunitety i przywileje znikają, nikt mu nie usługuje, nikt mu nie posługuje, może przeżyć szok poznawczy, ba, szok egzystencjalny. Łóżka rano nikt mu po nocy nie zaściele, wyprasowanej koszuli nie poda, jajecznicy nie usmaży, butów wypastowanych nie podsunie, drzwi na dwór nie odemknie, przed rozgrzanym samochodem nie przywita, nie trzaśnie za nim samochodowymi drzwiami, nie powiezie…
Kryształowy klosz trzaska, coraz bardziej otaczająca rzeczywistość przygnębia, ledwo krok się zrobi, już w coś się wdeptuje. Nagle się okazuje, że gdzie nie spojrzeć – szujnia z grzybnią i patatajnią.
Więc dobrze wpadać od czasu do czasu na dłuższe urlopy w ojczyźnie podczas pobytu na placówce, panie Radco, panie Ambasadorze, poczuć kontakt z bazą.
