Najtrudniej powracającemu dyplomacie RP przychodzi oswojenie się z realiami publicznej służby zdrowia w Polsce. Tu w Indiach korzysta ze służby prywatnej. Na wizytę u lekarza pierwszego kontaktu nie czeka wcale. Skierowanie do specjalisty dostaje bez problemu. Badania robione są mu od ręki. Nie czeka w kolejce do rezonansu, USG czy tomografii. Specjaliści tu na europejskim poziomie. Oczywiście za wszystko trzeba płacić. Wizyta u internisty kosztuje wszakże maksimum 20 euro. Ale koszty zwraca państwo polskie. W szczególnych przypadkach, czyli kosztownych zabiegów i operacji, wymagana jest uprzednia zgoda naczelnego lekarza MSZ. W sumie więc to jest taki luksus, że chce się człowiekowi chorować, żeby na zapas się wyleczyć. A personel wokół grzeczny, usłużny, nadskakujący. Wnętrza klinik estetyczne i sterylne. Leśna Góra do potęgi. A jeszcze do tego, żebyś w korytarzach obiektów służby zdrowia się nie zagubił, żebyś pod drzwi właściwe trafił, żeby dolegliwości twoje były właściwie zrozumiane, towarzyszy ci asystentka miejscowa, tłumaczka i menedżerka twojego kalendarza.
Wracasz do Polski, a tu kolejki, tłok, wysiadywanie na przepełnionych korytarzach, bo lekarz przyszedł później, bo po kilka osób na tę samą godzinę umówiono. I terminy u specjalisty na lata naprzód nieosiągalne. Chcesz zabieg, musisz iść na wizytę prywatną, opłacić ją z własnej kieszeni, wtedy termin się znajdzie, może nawet szybko, ale może i nie, może kilka wizyt musisz wykupić. I malutki jesteś jak pchełka, robaczek dla równowagi w przyrodzie nieistotny. I możesz sobie gadać, że kim to ty nie byłeś, co ty w świecie nie widziałeś. Szybko zrozumiesz, że pluskiewką jesteś. Mówią, że w starciu z chorobą duże znaczenie ma czynnik wolicjonalny. Zgadzam się solennie. Testem siły twojej woli jest już wybranie się na wizytę w placówce służby zdrowia. Chyba, że znajomości masz, dzieci na doktorów wykształciłeś, ubezpieczenie wykupiłeś prywatne. Chyba, chyba.
Skłamałbym, gdybym nie przyznał, że coraz więcej jest miejsc i ludzi, gdzie nasza służba publiczna oferuje standardy służby prywatnej. Przekonałem się sam. Zwłaszcza PRL-owskie przyzwyczajenia w traktowaniu pacjenta udało się tam już wykorzenić. Wiem, że da się.
I wiem, że nawet w bogatych krajach, w Wielkiej Brytanii nie przymierzając, jest z publiczną służbą o wiele gorzej niż w Polsce. A już na wschód i na południe od nas, to w ogóle. Widziałem szpitale w Afryce, których do dziś nie mogę odzobaczyć. Chorzy leżący dwójkami na jednym łóżku, na materacach pokrwawionych i obsikanych, na podłodze nawet, w smrodzie bynajmniej nie lizolowym, w powietrzu gęstym od much i owadów. W Indiach biedota na lepszy standard w szpitalach też liczyć nie może.
Wyzwaniem dla powracającego jest też komunikacja publiczna. Żalił mi się kiedyś znajomy zachodni dyplomata, że najbardziej trzeźwiło go powrocie z placówki stanie na przystanku, w zacinającym po twarzy deszczu, stanie karne w ogonku, na opóźniający się w północnych zimowych ciemnościach autobus.
W Polsce całe szczęście ostatnie dekady wyniosły naszą komunikacje na poziom „jakby luksusowy”, nie tylko w Warszawie. Tabor nowoczesny, czysty, wygodny. Jeździ zgodnie z rozkładem jazdy. Na przystankach porządek. Ludzie wsiadając nie przepychają się, nie depczą się wzajemnie. I zapachy wewnątrz wytłumione. Odór płucny tylko z rzadka, niemyte pachy też już tak rzadziej wyczuwalne. Pojazdy ogrzewane zimą, chłodzone latem. Kierowcy pod krawatem. Krótkie moje epizody pracy w Warszawie – w roku 2015 oraz w latach 2019-2022 – były okresem nałogowego korzystania z miejskich autobusów, tramwajów i metra. Przystanek początkowy miałem blisko domu. Miejsce siedzące zawsze na mnie czekało. Jechałem długo, ale miałem co czytać. Nie były to chwile stracone. Nawet kiedy perfidia kierowników resortu rzuciła mnie do Archiwum na Taneczną i podróż tam wymagała dwóch przesiadek, zajmowała półtorej godziny, wolałem autobus od samochodu. Ileż ja powieści dzięki tym godzinom przymusowej lektury się nie naczytałem. Nawet takie miejskie podróże kształcą.
Jeździłem tymi autobusami z radością, bo stały się one dla mnie codziennym dowodem cywilizacyjnego postępu, jaki dała Polsce transformacja. Dobrze pamiętałem ścisk, smród, chamstwo starej epoki, śmierdzące paliwem „ogórki”, dymiące berliety, wyjące (z powodu zastosowania kiepskich silników prądu stałego) tramwaje „kanciaki” i „tatajki”.
Już za lat młodych musiałem dojeżdżać ponad 15 kilometrów do szkoły podstawowej. Ciągły stres: przyjedzie autobus na czas czy nie przyjedzie, uda mi się wepchać do środka, czy nie uda, uda się mi się wyjść bez utraty guzików u koszuli, czy nie uda. Ileż to razy dygotałem z zimna, dusiłem się z zaduchu. A kilka razy pojazd zwyczajnie rozkraczał się w polu, szukać trzeba było „stopa”, okazji, albo i iść na piechotę. Słynny monolog Nalberczaka z „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz”, rozpoczynający się od słów: „Ja to, proszę pana, mam bardzo dobre połączenie: wstaję rano, za piętnaście trzecia; latem to już widno…”, to samo życie, proszę państwa. Tu akurat Bareja przesadził niewiele, co osobiście mogę zaświadczyć.
Więc i teraz, choć stać mnie w Warszawie na ubera, na limuzynę nawet, do teatru, do kina, do galerii jeżdżę komunikacją miejską. A po Polsce jeżdżę z lubością kolejami. Miejsce gwarantowane, odjazd punktualny, wagony wygłuszone, tory proste, co nie bujają i kołami nie telepią, a jeszcze możliwość niezakłóconej lektury w strefie ciszy, to jest strzelisty akt postępu, którym nie mogę się nacieszyć. Samochód własny wybieram tylko wtedy, gdy bagaż mam pokaźny do przewiezienia.
Zaskoczę czytelnika dygresją, że i w Indiach jazda koleją może być przyjemnością. Bo czytelnik pewno trzyma w głowie obraz indyjskich pociągów zatłoczonych, z pasażerami wiszącymi u drzwi jak winogrona, kucających na dachu, w wagonach obdrapanych, bez szyb. Nie, nie, tu już można podróżować w standardzie w Polsce jeszcze nie oferowanym. W wagonach klasy biznes roznoszone są gazety, serwowane napoje, trzydaniowe gorące posiłki, słowem standardy wyższe niż w klasie biznes LOT-u. Ale jeśli ktoś chce zaliczyć w Indiach balladę wagonową w starym wydaniu, jeszcze może. Lecz nie na dachu, bo 90 procent linii już zelektryfikowano, więc byłby to wyczyn samobójczy. W Bangladeszu dachowa miejscówka jeszcze jest do doświadczenia.
Wielu ambasadorów ma poważny problem z przestawieniem się po powrocie na posiłki z zakładów żywienia masowego, czyli resortowej stołówki, kantyny, baru. Bo ambasadorowie jedzą dobrze, mają własnych kucharzy, chadzają na oficjalne lunche do najdroższych restauracji, kolacje jadają wystawne. Ale o tym przy innej okazji. A tu w ojczyźnie na stołówce – „kotlet raz”.
Kiedy zaczynałem dyplomatyczna przygodę, i mnie, młodego dyplomatę, zapraszali zachodni koledzy do najdroższych restauracji w Sztokholmie i Wiedniu. Oczywiście chcieli mnie Zachodem oszołomić, wybić z głowy miłość do socjalizmu. Skutecznie. Za młodu więc zetknąłem się z wykwitną kuchnią. Do dziś pamiętam mój, dziecka peerelowskiej prowincji, cywilizacyjny szok kontaktu z „cuisine nouvelle”, do konsumpcji wzrokowej raczej, bo głodu nie zaspokajającej.
W stołówkach szkolnych jako uczeń nie jadałem. W podstawówce jeśli, to tylko w piątki, bo smażono wtedy racuchy o smaku nie do pobicia. W liceum – tylko przez pierwszy miesiąc nauki. Nie jadałem, bo rozpieszczony zostałem smakami kuchni naszej domowej, bo nie lubiłem stołówkowych kolejek, gwaru, duszno-kwaśnych zapachów. Jadałem w domu, sam, czytając książki. Doszło do tego, że usiąść do talerza bez książki nie byłem w stanie. Bez czytania nic nie smakowało. Nie miałem czym zająć głowy. Jedzenie w towarzystwie mi nie szło zupełnie.
Ale już na studiach skazany byłem całkowicie na stołówki. Ponieważ dość szybko stałem się wtedy nałogowym palaczem, więc kubki smakowe tak mi się przytępiły, że posiłki były jedynie obowiązkowym rytuałem poboru kalorii niezbędnych do podtrzymania procesów życiowych. Nawet moja żona trafiała do mojego serca nie przez żołądek przecież. W Moskwie „obszczepit” to już w ogóle był sprawdzian surwiwalowy. Pamiętam, że kiedy pierwszy raz wstąpiłem do „stołowej” niepodaleko akademika, to na wymioty mi się zebrało bezwiednie. Na uczelni stołówka była z półki, według miejscowych standardów, wysokiej. Bo uczelnia przecież elitarna. Mogła jednak nużyć niewyszukanym menu, w którym dania opisywano w sposób najprostszy: „miaso”, „kurica”, „ryba”, „płow”, a od święta: „gowiadina”, „swinina”, „kotliety”. Od takiego „embarras de richesse” głowa mogła rozboleć przy wyborze. Więc zawsze brałem zestaw dnia, czyli „komplieks”, za 60 kopiejek, nie interesując się zbytnio, co mi wrzucą na talerz.
Kiedy zacząłem pracę w MSZ, podjąłem uczciwie próbę jedzenia na stołówce, ale szybko się poddałem. Mdliło mnie bardziej niż na MGIMO. Zwłaszcza krupnik wiosenny, ówczesna „specialite de la maison” Centrali. Próbowałem nawet w ogóle zrezygnować z lunchów. Przez kilka lat z tym eksperymentowałem, ale w końcu dałem spokój, bo mi żołądek zaczął się psuć od tego poszczenia.
Teraz w Indiach kubki smakowe znowu sobie sublimuję, bywaniem w najdroższych restauracjach twarde lądowanie po powrocie w wymiarze gastronomicznym sobie szykuję. Lecz go się zupełnie nie boję. Bo na starość szukam wyłącznie smaków prostych, domowych, smaków dzieciństwa – zwykłego żurku, ogórkowej, pomidorowej, schabowego z kapustą smażoną, mielonego z mizerią, karkówki z kiszoną kapustą, zrazów z modrą kapustą, żeberek z kiszonym ogórkiem. A wszystko z musztardą jak najbardziej sarepską, popijane coca-colą (colą zero, co ze wstydem przyznaję).
Do wyszukanych polskich restauracji już mnie nie ciągnie. Duża w tym wina Magdy Gessler. Uświadomiła mi ona, co tam się dzieje poza wzrokiem klienta. Jeśli już pójdę, to do restauracji po udanych rewolucjach. Ale one z reguły bardzo szybko padają. Znamy to: operacja się udała, pacjent nie żyje.
Różne są więc te lądowania. Czasami bolesne. Nie dziwię się więc, że wielu polskich dyplomatów chciałoby, aby żona mogła o nich powiedzieć (znowu za Bareją): „Mój mąż jest z zawodu ambasadorem”.
