Delhijskie tablice dyplomaty: RSVP

Przyjęcia, cocktaile, kolacje są popularnie utożsamiane z dyplomatycznym stylem życia. Dyplomacja w wulgarnej interpretacji to, stereotypowo, nieustanne imprezowanie.

Oficjalne przyjęcia niewątpliwie stanowią nieusuwalny element życia dyplomatycznego. Dlatego dyplomata uczony jest jak zachowywać się przy stole, jak poruszać się na przyjęciach. Musi opanować sztukę przyjęciowej konwersacji. Musi wiedzieć, co i jak na tych przyjęciach robić.

Rodzajów posiłków dyplomatycznych jest mnóstwo. Dla niewtajemniczonych: dyplomaci spotkają się służbowo przy posiłkach i drinkach od rana do późnej nocy: breakfast, brunch, lunch, vin d’honneur, cocktail, reception, dinner, a nawet supper. Tu w Indiach często praktykowany jest też high tea, popołudniowy raut, z lekkimi zakąskami, ciasteczkami, na słodko i na słono. Imprezuje się siedząco i na stojąco, z obsługą kelnerską i bufetowo, w celach roboczych i w celach jedynie towarzyskich. Każdy rodzaj przyjęcia ma swój układ i protokół.

Jednym z najdotkliwiej odczuwanych w codziennej praktyce przyjęciowej jest w dyplomacji tzw. syndrom „trzeciej ręki”, a raczej jej braku, bo na „stojących” przyjęciach w jednym ręku trzyma dyplomata kieliszek, w drugim talerz z jedzeniem, a brakuje ręki do trzymania widelca, którym by opróżniał talerz. Z latami praktyki brak trzeciej ręki daje się mniej lub bardziej zgrabnie kompensować. Wprawdzie dawno już wprowadzono montowane na talerzykach trzymadełka dla kieliszków, ale w Delhi nadal to rzadkość, więc zdolności manipulacyjne dyplomacie ciągle się przydają.

I generalnie, jeśli ktoś cierpi na agorafobię, autyzm towarzyski i inne podobne socjopatyczne dolegliwości, to z dyplomacją powinien dać sobie spokój. Musi także potrafić kontrolować napływ kalorii i „procentów”, bo ani się obejrzy zapadnie na otyłość lub alkoholizm. To choroby zawodowe dyplomatów.

Radca Terey wrażeniami z dyplomatycznych przyjęć się z nami nie dzieli. Jedynym, które opisuje, jest przyjęcie w Ambasadzie ZSRR z okazji święta rewolucji październikowej w listopadzie 1956 r. Opis to przygnębiający, bo z Węgrami nikt, nawet tam, nie chciał gadać, a może i Tereyowi, biorąc pod uwagę jego biografię, a przede wszystkim krwawą rzeźnię, którą Sowieci urządzili właśnie w Budapeszcie, iść się nie chciało. Ale na przyjęcia da Ambasady ZSRR dyplomaci z krajów satelickich chodzić musieli. Nieobecność mogłaby zostać źle odebrana. Więc Terey poszedł.

Może na innych rautach nie bywał? Bo z reguły zaproszenia na święta narodowe są ściśle reglamentowane, czasami rezerwowane wyłącznie dla szefów placówek, ale przecież on jako radca też musiał być uwzględniany, co najmniej przez ambasady z kręgu bloku komunistycznego. Musiał zatem bywać. Lecz o nich nie wspomina.

Przyjęcia narodowe, czyli wyprawiane przez ambasady z okazji świąt narodowych, to rodzaj przyjęć szczególny. W Delhi procedowany jest w utartym schemacie od lat. A funkcjonuje w Delhi gdzieś ze 170 przedstawicielstw dyplomatycznych. Nie wszystkie stać na huczne celebrowanie święta narodowego, ale i tak zdarza się, że jednego dnia wypadają dwa narodowe przyjęcia, i w ogóle bez przerwy coś się dzieje.

Doświadczonych dyplomatów te narodowe przyjęcia mało rajcują. Są wprawdzie zaraz po przyjeździe dyplomaty dobrą okazją do poznania innych dyplomatów, zwłaszcza tych, którym nie planuje się składać wizyt kurtuazyjnych. Ja wizyt kurtuazyjnych złożyłem tu pod trzydzieści, ale nawet nie wszystkim ambasadorom państw unijnych, a wszystkie państwa UE są w Delhi reprezentowane. I zdradzę sekret, że w tych wizytach nie chodziło mi jedynie o nawiązanie koleżeńskich więzi i poznanie ocen sytuacji w kraju i relacji Indii ze światem, ale chciałem przy okazji zobaczyć, jak wyglądają ich ambasady i rezydencje. Cel osiągnąłem. Przekonałem się, jak bardzo stan fizyczny naszych polskich nieruchomości odbiega od standardów.

Resztę kolegów ambasadorów poznawałem przypadkowo, na przyjęciach narodowych przede wszystkim. Więc one są przydatne. Bez dyskusji. Czasem da się na nich nawet zasięgnąć języka, poplotkować. Ale tylko w zaufanym gronie. Tu w Delhi dominuje wszakże męczący „small talk”. Uprawia się go, ale dla dyplomaty, który praktykował go przez lata razi ten „small talk” sztucznością.

A już sam rytuał przyjęć narodowych jest pusty jak bazylika w nocy. Więc na wejściu do sali wystraja się szereg powitalny. Z reguły to ambasador, jego zastępca i attache wojskowy. Czasem jednak, jeśli personel ambasady nieliczny, to stoją wszyscy dyplomaci danego kraju w Delhi akredytowani. Każdy wchodzący ściska dłonie gospodarzy, no i pozuje z nimi do fotografii. Ta powitalna celebra trochę czasu zajmuje, więc zaraz formuje się kolejka. I trzeba swoje odstać, aby złożyć gospodarzom życzenia z okazji święta. Na jednym z wielkich przyjęć narodowych, bo dla tysiąca chyba gości, goście czekali pokornie ponad 45 na uścisk dłoni ambasadora, a po prawdzie jego zastępcy, bo ambasador po pół godzinie od rozpoczęcia przyjęcia poszedł witać gościa honorowego, czyli wysokiego funkcjonariusza rządu indyjskiego.

Znaczenie państwa w polityce zagranicznej Indii można odczytywać po randze miejscowego oficjela, który jest oddelegowany do odegrania roli gościa honorowego. Minister spraw zagranicznych pojawia się wyjątkowo, tylko na przyjęciach ambasad państw ważnych. Foreign Secretary (Sekretarz Zagraniczny), czyli szef służby dyplomatycznej, to już szczebel niżej, Secretary (Sekretarz), czyli wiceminister, to jeszcze stopień w dół, Additional Secretary (Dodatkowy Sekretarz) pod nim, a Joint Secretary (Wspólny Sekretarz), czyli nasz dyrektor departamentu to poziom minimum. Bardzo hierarchiczny układ, od którego tylko w wypadkach losowych (choroba, podróż zagraniczna, urlop) może być odstępstwo. Tak, sekretarzy tu jak kiedyś w KC KPZR.

Więc ambasador wita gościa i w lansadach podprowadza go do podium z mikrofonem. Dudnią hymny, najpierw indyjski, potem państwa świętującego. I zaczyna się część najbardziej żenująca, czyli oficjalne przemówienia. Dla zwykłego zjadacza chleba – drętwe, nudne, biurokratyczne. Oczywiscie mało kto je słucha. Wokół szum od rozmów, który zagłusza wszystko. Żadne głośniki nie pomogą. Rzadko mistrzowie ceremonii starają się uciszyć gości. Z rezygnacją przyjmują do wiadomości brak zainteresowania treścią przemówień. Przemawiający brną przez tekst, udając, że nie zauważają, iż mało kto ich słucha.

Rytuał, który wypłukał się z wszelkich znaczeń.

A goście stoją w zniecierpliwieniu, przestępują z nogi na nogę, bo czekają na zdjęcie pokrywek z kociołków z zupami, dekli od korytek z drugimi daniami, zdarcia folii z przystawek i sałatek. Po przemówieniach zaczyna się bowiem część zasadnicza czyli kulinarna. Niektóre państwa starają się więc wykorzystać przyjęcia narodowe do promocji własnej kuchni, sprowadzają z kraju kucharzy, specjały narodowe, co najmniej wędliny, sery czy desery. Ale czasami do tych specjałów trudno się dostać, bo kolejka, bo ścisk. Nie wszystkim też jedzenie na stojąco, rozpraszane rozmową i ustawicznym potrącaniem przez gości, przemieszczającymi się po sali, sprawia przyjemność.

Czasami bardzo trudno jest trafnie skalkulować liczbę gości, która stawi się na przyjęciu. Bo zaprasza się na wyrost, zakładając, że jedna trzecia nie przyjdzie. Ale czasami przychodzi. I to przychodzi o tej samej porze, więc robi się ścisk, a i jedzenia może zabraknąć. Nie zdarzyło się chyba nigdy, by zabrakło alkoholu. Choć nie wszędzie się go serwuje, zwłaszcza oczywiście u muzułmanów.

Wysyłając zaproszenia, prosimy oczywiscie o potwierdzenie obecnosci (RSVP), albo przynajmniej poinformowanie o absencji (regrets only). Ale w Indiach jakoś do próśb tych zdecydowanie nie wszyscy się stosują. Z reguły automatycznie potwierdzają, a potem przychodzą albo nie. Lub w ogóle nie odpowiadają, a przychodzą. Niezapowiedziani goście mogą stwarzać dodatkowy problem bezpieczeństwa, bo w Indiach skwapliwie rejestruje się i sprawdza tożsamość gości. Co oczywiscie nie dotyczy VIP-ów, w tym ambasadorów.

Przyjęcia zawsze przeciągają się poza wyznaczoną na zaproszeniu godzinę. I zawsze znajdą się jacyś maruderzy, których nie wypłoszy sprzątanie stołów, zamykanie kuchni, nawet wkroczenie sprzątaczek na salę. Z reguły są tymi maruderami dyplomaci, niekoniecznie zaprzyjaźnieni z ambasadą – gospodarzem.

Niektóre państwa próbują ograniczyć, czyli optymalizować frekwencję, zapraszając dyplomatów bez osób towarzyszących (małżonków, partnerów). Ja takie ograniczenia ignoruję. Albo nie idę w ogóle, albo z żoną. Chyba, że żona z jakichś powodów nie chce lub nie może.

Przyjęcia narodowe wydawane są przede wszystkim dla Indusów, korpus dyplomatyczny w zasadzie tam jest tylko do towarzystwa. Ale krąg tych Indusów okazuje się niespodziewanie, jak na tak wielki kraj, powtarzalny. Zupełnie jakby krążyła po mieście karta stałego gościa, która wprowadza na przyjęcie w każdej ambasadzie. Co do niektórych z tych osób nadal nie potrafię rozgryźć, z jakiego tytułu są zapraszane. Ale widocznie jakiś powód jest. Dla wielu Indusów otrzymanie zaproszenia na przyjęcie jest aktem wyróżnienia, towarzyską nobilitacją. Przylatują specjalnie do Delhi z oddalonych miejsc specjalnie, aby w nich uczestniczyć. A wszyscy co i rusz pytają: „Can I have Your card, please?” i wysuwają ku tobie dzierżoną w obu dłoniach swoją wizytówkę. A ty się zastanawiasz, że przydałaby ci się w tej sytuacji już nawet nie tylko trzecia, ale i czwarta ręka. Zębami masz tę wizytówkę chwytać, jeśli w jednej ręce talerz, a w drugiej kieliszek?

Miałem tych przyjęć już dosyć na wczesnym etapie swojej kariery. We Wiedniu poznałem wszystkie restauracje, gospody, kawiarnie, sale redutowe. W końcu lat osiemdziesiątych i na początku dziewięćdziesiątych musiałem biegać z bankietu na bankiet, i to wyłącznie w celach roboczych.

W Erywaniu jako ambasador unijny podjąłem próbę wyrwania się z przymusu. Zamiast przyjęcia z okazji dnia Europy organizowałem duże koncerty – w filharmonii, w operze. Mieliśmy na sali kilkaset gości, przemawiałem (ale jeśli od gospodarzy był na sali przedstawiciel rządu niższy rangą niż minister, to przemawiałem sam), hymny graliśmy, ale potem była czysta kultura. Bez wina i zakąski. I się podobało.

A w Delhi?

Dyplomacie nie wypada nie bywać na przyjęciach narodowych, zwłaszcza jeśli świętuje kraj bliski, sąsiad, sojusznik. Ale też nie wypada ignorować innych partnerów.

Yogi Berra, najbardziej znany kuchenny filozof amerykański, powiedział: „Always go to other people’s funerals, otherwise they won’t come to yours”, co przetłumaczyć można jako: „Zawsze chodź na pogrzeby innych ludzi, bo inaczej oni nie przyjdą na twój pogrzeb”.

Z dyplomatami też tak, chociaż nie tak makabrycznie: „Chodź na przyjęcia organizowane przez twoich kolegów, bo oni nie przyjdą na twoje”. Chyba że jesteś Amerykaninem, Niemcem, Francuzem, czy szefem Delegatury UE.

Przyjęcia niekiedy świadomie bojkotuje się. Oczywiście z powodów politycznych. Ambasadorowie UE nigdy nie pojawiają się obecnie na przyjęciach w ambasadzie rosyjskiej. Zresztą dawno przestali dostawać zaproszenia. W pewnych sytuacjach do pewnych ambasad chodzi się, ale nie na szczeblu ambasadora. Na tych, na których się bywa unika się stania w bliskości przedstawicieli pewnych państw, aby nie zostać skadrowanymi z nimi na wspólnej fotografii.

Więc ciężka to i wymagająca skupienia praca te dyplomatyczne bibki.

Szczęśliwy nasz Terey, że mógł przyjęcia omijać dużym łukiem.