Delhijskie tablice dyplomaty: Toasty i przemowy

Umiejętność pisania i wygłaszania przemówień jest ważnym elementem warsztatu dyplomatycznego. Nie uczono jej za czasów Terey’a. Nie uczono i za moich. Trzeba było zdobywać ją w praktyce, najczęściej metodą prób i błędów. Ja musiałem mieć jakieś wrodzone zdolności w tym względzie, bo bardzo wcześnie w mojej karierze zaczęto mi powierzać pisanie przemówień. Pisałem je dla ministrów, premierów, prezydentów. Z dobrym skutkiem, ale bez większego entuzjazmu. Nie lubiłem wcielać się w obce postaci, pisać pod decydentów. Nie imponowało mi wcale, że minister czy premier mówią moim tekstem.

Kiedy zostałem dyrektorem, potem wiceministrem, ambasadorem, musiałem sam nauczyć się wygłaszania przemówień. Pisanych dla mnie przemówień. Tylko w wyjątkowych przypadkach je odczytywałem. Wolałem mówić od siebie, oczywiście po starannym przestudiowaniu dostarczonych mi projektów. Wolałem wkładać w nie osobiste emocje. Zauważyłem, bez zaskoczenia, że wtedy o wiele uważniej jestem słuchany. Nawygłaszałem się ich bez miara.

Każdy ambasador na zagranicznej placówce wygłasza co najmniej jedno przemówienie w roku. Z reguły na przyjęciu z okazji święta narodowego. Nie zostawiaja one po sobie żadnego śladu. Mało kto je słucha. Są cześcią rytuału. Ale wygłaszane być muszą. Ktoś musi je pisać.

Terey też pisał przemówienia swojemu szefowi. Jako pisarz gwarantował literacką jakość i był z pewnością pierwszym wyborem.

Co pisałby Terey? Gdyby był polskim dyplomatą i pisał dla polskiego ambasadora, jego projekt pisany w lipcu 1956 r. mógłby wyglądać tak:

Szanowni Państwo, Ekscelencje, Drodzy Indyjscy Przyjaciele!
Jestem głęboko zaszczycony, mogąc powitać Was tutaj, w New Delhi, w dniu Narodowego Święta Odrodzenia Polski. Spotykamy się w dwunastą rocznicę ogłoszenia Manifestu PKWN, który położył fundamenty pod naszą nową, socjalistyczną ojczyznę.
Dzisiejsza Polska to kraj, który z niespotykaną energią podniósł się z ruin wojennych. Sukcesy te nie byłyby możliwe bez niezłomnej postawy polskiej klasy robotniczej oraz braterskiej pomocy i przewodniej roli Związku Radzieckiego. To właśnie pod przewodem ZSRR, ostoi światowego pokoju, kraje demokracji ludowej kroczą drogą postępu, wspólnie budując potęgę obozu socjalistycznego, który jest jedyną skuteczną zaporą dla agresywnych zamierzeń sił imperialistycznych.
Dla nas, Polaków, Indie pod przywództwem premiera Nehru są sprawdzonym sojusznikiem w wielkiej walce z imperializmem i kolonializmem. Z podziwem obserwujemy, jak naród indyjski, zrzuciwszy jarzmo obcego panowania, odrzuca wszelkie formy neokolonialnego nacisku. Polska, ramię w ramię ze Związkiem Radzieckim, w pełni popiera dążenia narodów Azji i Afryki do całkowitej suwerenności. Nasza wspólna walka o pokój, oparta na zasadach „Pańczasil”, jest ciosem w tych, którzy chcieliby narzucić światu dyktat siły i wyzysku.
Ubiegłoroczne historyczne wizyty premierów Nehru i Cyrankiewicza potwierdziły, że mimo różnic geograficznych, nasze serca biją tym samym rytmem – rytmem wolności i nienawiści do imperialistycznej opresji. Nasza współpraca gospodarcza nie jest aktem wyzysku, lecz uczciwą, socjalistyczną pomocą w budowie niezależnego przemysłu Indii.
Drodzy Przyjaciele! Wierzymy, że pod przewodnictwem wielkiego Związku Radzieckiego i w ścisłym sojuszu z narodami miłującymi wolność, takimi jak naród indyjski, ostatecznie zwyciężymy w walce o świat wolny od wojen i kolonialnego ucisku.
Wznoszę toast za pomyślność narodu indyjskiego, za zdrowie prezydenta Prasada i premiera Nehru, za nieugięty obóz pokoju pod przewodem Związku Radzieckiego oraz za wieczystą przyjaźń między Polską Rzecząpospolitą Ludową a Republiką Indii!

Polski dyplomata pracujący w Delhi już w latach późniejszych, w końcu lat siedemdziesiątych, zostawiłby w archiwum następujący toast z okazji 22 lipca wzniesiony w Nowym Delhi:

Szanowni Państwo, Ekscelencje, Drodzy Przyjaciele Indusi!
Spotykamy się w dniu szczególnym dla każdego Polaka, by pod błękitnym niebem Delhi świętować rocznicę odrodzenia naszej socjalistycznej Ojczyzny. Dzisiejsza Polska to kraj, który pod mądrym i dynamicznym przewodnictwem I Sekretarza KC PZPR, towarzysza Edwarda Gierka, buduje swoją drugą, nowoczesną postać.
Z dumą pragnę obwieścić naszym indyjskim przyjaciołom, że dzięki ofiarności polskiej klasy robotniczej, Polska Rzeczpospolita Ludowa stała się dziesiątą potęgą przemysłową świata. Realizujemy program, którego dewizą są słowa: „Aby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej”. Nasze place budowy, od wielkiej Huty Katowice po nowoczesne porty Bałtyku, są dowodem na to, że „Polak potrafi”.
W tym marszu ku postępowi nie zapominamy o naszych sprawdzonych sojusznikach. Wspominając historyczną wizytę towarzysza Gierka w Indiach w 1977 roku oraz jego serdeczne rozmowy z Premier Indirą Gandhi, widzimy fundamenty braterskiej współpracy, która nie zna granic. Nasze narody łączą nie tylko kontrakty handlowe, ale przede wszystkim wspólna walka z imperializmem, neokolonializmem i uciskiem.
Podziwiamy rolę Indii jako lidera Ruchu Państw Niezaangażowanych. Polska, kroczy ramię w ramię z Wami drogą międzynarodowego odprężenia. Wierzymy, że w dobie pokojowego współistnienia, nasza solidarność – polskie maszyny w Waszych fabrykach i wspólna troska o pokój – jest kluczem do lepszego jutra dla całej postępowej ludzkości.
Wznoszę toast za pomyślność narodu indyjskiego, za zdrowie Pani Premier oraz za nienaruszalną przyjaźń dwóch potężnych narodów budujących świat wolny od wyzysku!

Mało kto pisze historię dyplomacji w oparciu o teksty wygłaszanych przemówień. A jednak ich styl, forma, o treści nie mówiąc, może uświadamiać ewolucję sposobu wzajmnego komunikowania.

Bo ja w 2026 r. na przyjęciu z okazji Święta Konstytucji 3 maja wygłosiłem w Nowym Delhi następującą przemowę (już po angielsku, bez pomocy tłumacza jak moi poprzednicy w 1956 r., czy w 1978 r.):

Dear friends of Poland,

Thank you for joining us to celebrate our Constitution Day. Today, there’s no pomp and circumstance — and the music lovers among you know exactly what I mean. No red carpets, no solemn speeches, no anthems. In fact, even what I’m doing right now isn’t a speech. I’m simply here to entertain you while explaining why we’re all actually here.

I can’t promise to be brief. I’m not very good at making promises—I’m not a politician, after all! But they do teach one thing at diplomatic academies: no speech should ever stand between a diplomat and their meal. So please, keep eating while I talk. Just try not to choke when you burst into laughter—at least, I’ll try to be that funny. Let’s consider this a test of your sense of humor.

We celebrate this holiday in a joyful atmosphere. In Poland, it officially marks the start of the 'Barbecue Season.’ It’s usually over a grilled sausage and a cold beer that we discuss our most serious national issues. Including history.

Are you having fun yet? Good. Then let’s start again.
Excellencies, distinguished guests… and to those of you who’ve just spotted the open gate of my residence and a line for free pierogi and thought, 'Why not?’ Namaste.
As your host, it’s my pleasure to welcome you to these gardens tonight for the Anniversary of the May 3rd Constitution. 1791. Europe’s first written constitution. Second in the world only to the Americans—though, to be fair, they only did it first because they didn’t have to worry about a neighbor 'accidentally’ invading them every time they tried to pass a basic law. Which was our case, unfortunately.
The neighbors saw us being all 'progressive’ and they went: 'Oh, look at them. They’ve got rules now. How cute. Let’s delete them for a century.’ And they did. 123 years of Poland being 'digitally remastered’ off the map of Europe. But we prevailed. And today we are stronger than ever. One trillion dollar economy!
It’s a very Polish story, isn’t it? We spent so much effort debating rights, liberty, and 'the people.’ And the constitution was a masterpiece. But it lasted… fourteen months. Fourteen months! Ricky Gervais would say: that’s not a legal framework; that’s a Netflix free trial you forgot to cancel. It had the shelf life of an open yogurt in the Delhi sun. But it was such a marvel. A source of pride and hope during 123 years of darkness, pain and struggle. Polish pride.
You see, it’s a bit of a Polish predicament: we’re always ahead of the curve, usually under the most unfavorable historical circumstances. Take our parliament, for example. Our parliamentary traditions go back nearly 600 years—back when most of Europe thought 'representative government’ meant choosing which cousin the King should marry.

In those days, we were the trailblazers. Our decisions were based on consensus—true unanimity. Today, that’s exactly how major organizations like the G7, G20, NATO, or the OSCE try to work. We were doing it before it was cool! 

But, as usual, we were too good at it. The principle degenerated into the infamous liberum veto—the 'I do not allow’ rule. It got so bad that between 1733 and 1765, our parliament was unable to pass a single law. Not one! Imagine a politician today being told they can’t pass any laws for 30 years—they’d have nothing to put on their campaign posters!

Unfortunately, our neighbors loved it. Foreign powers used that very 'liberty’ to block our reforms and gut our defenses. In the end, political corruption and a hijacked democracy didn’t just stall the engine—they killed the whole state.

The Constitution of May 3rd was signed by our last King. But here is the thing: for almost two centuries before that, we didn’t just 'have’ kings—we elected them. And I’m not talking about some small circle of elite electors. It was a popular vote!

Well, 'popular’ by 18th-century standards, meaning only the nobility could vote. But in Poland, the nobility made up about 10 percent of the population. To put that in perspective: back then, that made us the largest republican monarchy in the world. Again—way ahead of the curve. While everyone else was bowing to absolute monarchs, we were basically running a massive, chaotic presidential campaign trail.

But, as you can imagine, there was a catch. Our neighbors quickly realized that you didn’t need to conquer Poland—you just needed a decent budget for bribes. Foreign powers found out it was much cheaper to bribe a few thousand voters to elect a king who liked them more than he liked us. It turns out, being a pioneer of democracy is all fun and games until foreign lobbyists show up with bags of gold.

And now we’re in India. I love it here. You’ve got the longest constitution in the world. Ours was a pamphlet; yours is a trilogy. Ours was a prototype, yours is an encyclopedia. If the Polish constitution was a tweet, yours is a 400-page terms and conditions agreement that everyone clicks 'Accept’ on because they’re terrified of what happens if they don’t.
And look, I know it’s over 40 degrees out here even with the sun down. People keep telling me, 'Mr. Ambassador, you must be suffering!’ But you have to understand where I come from. Despite the climate warming, in Poland there is a chance of snow from October till May. To warm me up I must visit sauna quite often there. So, standing here in this 'sizzling’ Delhi evening? To a Pole, this isn’t a heatwave; it’s a sauna with better catering.
Poland and India: look at how far we’ve come. We’re not just partners on Earth; we’re roommates in orbit. India’s Shubhanshu Shukla and our own Sławosz Uznański recently collaborated on the Axiom-4 mission to the International Space Station.
Think about that. An Indian pilot and a Polish scientist, locked in a metal tube, hurtling around the planet. They even brought freeze-dried pierogi and Indian curry to share. Sławosz is floating there trying to explain that a dumpling is a complete meal, and Shubhanshu is just happy he finally found a place where the New Delhi traffic can’t reach him. It’s the ultimate diplomatic success: two nations, one capsule, and zero gravity to argue about whose grandma makes the better spicy snack.
I also have to apologize for the state of the house. Look at it. It’s covered in scaffolding, the plaster’s been ripped off… it’s a bit of a disaster, isn’t it? I’ve had guests asking if I’m hosting a reception or if we’re filming a gritty remake of Jerzy Skolimowski’s Moonlighting. If you haven’t seen it, it’s about a bunch of Polish builders working illegally in Britain on a house while their country is under martial law. It’s basically my life right now, only they call me ‘Ambassador”. It is even worse for my wife. For 36 years she was a career diplomat. Now she decided to become simply Ambassador’s wife. But she actually has to act as a foreman on a construction site. Sorry, my darling.

All in all, if a bit of plaster falls into your pierogi, just call it ‘vintage garnish’ and keep moving. It’s character.
Soon this house will regain its original glory. After all it has a better resume than I do. Between 1947 and 1951, this very residence—then known as Kanika House—was the home of Dr. B.R. Ambedkar. Think about that. While Poland was struggling to find its feet after the war, the primary architect of the Indian Constitution was pacing these floors, drafting the blueprint for the world’s largest democracy. It’s a bit intimidating, really. I’m sitting in my study trying to figure out how to fix the Wi-Fi, and he was in the next room figuring out how to fix everything for a billion people.

We consider it a sacred trust to be the custodians of this history. We aren’t just living in a house; we are living in a monument to justice and the law.
Dr. Ambedkar—or Babasaheb, as he is so affectionately known—was such a remarkable and towering figure. To our Indian friends: we envy you! In fact, the entire world needs a figure like him right now. 

Look at what is happening today: so much chaos, unpredictability, norms being shattered, power politics at its peak, and international organizations losing their relevance and credibility. The world is crying out for a return to the rule of law. It needs a solid constitution, and it needs visionary, audacious, and decent leaders like Dr. Ambedkar to guide us toward a new world order—one based on law and civic dignity. 

Here we are. A Polish holiday, in my garden, celebrating a document that was killed abruptly, but somehow kept a nation alive in its head for a hundred years. It’s mental. It’s beautiful.

So, whether it’s the Polish Constitution of 1791 or the Indian Constitution of 1950, the lesson is the same: democracy is a gift, but it’s a fragile one. You have to feed it, protect it, and—apparently—occasionally celebrate it with a grilled sausage. 
So, raise a glass. To the Constitution, to our astronauts, and to the Żubrówka waiting for you at the bar. If you’re wondering why there’s a blade of grass in some bottles, don’t worry—it’s not a gardening accident. It’s bison grass. It’s the only way we Poles know how to stay 'green’ while staying 40% proof. It’s also the only thing in this garden that might actually be colder than I am right now.
Jai Hind! Cheers!
Wiwat maj! Piękny maj! U Polaków – błogi raj!

*

And… that’s where my script ends! Normally, I’m not the type to read from a piece of paper, but I made an exception tonight. And no, it’s not because I was worried you’d think I’m just winging it after a couple of Żubrówkas! Believe me, the real reason is way more serious than that. But… I’m going to keep you guessing for a bit. I’ll reveal everything when I’m back on stage after the show!

*

Now, my dear friends, for the big reveal. Ready? The real reason I followed the script so closely is that my speech—jokes and all—was drafted by Artificial Intelligence. Not just with its help, but by the AI itself! Of course, it had my very detailed and 'expert’ instructions… but it was the machines.

But hey, you laughed quite loudly at my jokes, so they must have been pretty good! I’m actually starting to get worried. Therefore, I’ve decided to use this occasion to solemnly proclaim… the end of the diplomatic speechwriter as a profession!

Thank You! Have fun!

*


Tak, proszę Państwa, ewoluuje profesja dyplomaty. Wygłaszać przemówienia jeszcze musi dyplomata umieć, ale uczyć się sztuki ich pisania już nie.
Aha, dla jasności, przytoczone tu toasty z roku 1956 i roku 1978 też wygenerowała sztuczna inteligencja.

Aha, w „przypisie” podaję tekst mojego wystąpienia w tłumaczeniu na język polski. Tłumaczyła oczywiście sztuczna inteligencja.

Przemowa
dr. Piotra Antoniego Świtalskiego,
Szefa Misji,
podczas przyjęcia z okazji Święta Konstytucji 3 Maja
(Nowe Delhi, 18 kwietnia 2026 r.)

Drodzy Przyjaciele Polski!

Dziękuję, że dołączyliście do nas, by świętować dzień naszej Konstytucji. Dzisiaj obędzie się bez „pomp i okoliczności” – a melomani wśród Państwa wiedzą dokładnie, co mam na myśli. Żadnych czerwonych dywanów, żadnych podniosłych przemówień, żadnych hymnów. Prawdę mówiąc, nawet to, co teraz robię, nie jest przemówieniem. Jestem tu po prostu po to, by Państwo zabawić, wyjaśniając jednocześnie, dlaczego właściwie wszyscy tu jesteśmy.

Nie mogę obiecać, że będę streszczał się do minimum. Nie jestem zbyt dobry w dotrzymywaniu obietnic – w końcu nie jestem politykiem! Ale w akademiach dyplomatycznych uczą jednego: żadne przemówienie nie powinno stać na przeszkodzie między dyplomatą a jego posiłkiem. Proszę więc jeść dalej, gdy ja będę mówił. Tylko spróbujcie się nie zadławić, gdy wybuchniecie śmiechem – a przynajmniej postaram się być aż tak zabawny. Potraktujmy to jako test Państwa poczucia humoru.

Świętujemy ten dzień w radosnej atmosferze. W Polsce oficjalnie wyznacza on początek „sezonu grillowego”. To właśnie przy grillowanej kiełbasie i zimnym piwie zazwyczaj dyskutujemy o naszych najpoważniejszych sprawach narodowych. W tym o historii.

Czy już dobrze się Państwo bawią? Świetnie. Zatem zacznijmy jeszcze raz.

Wasze Ekscelencje, znakomici goście… i wy wszyscy, którzy właśnie zauważyliście otwartą bramę mojej rezydencji oraz kolejkę po darmowe pierogi i pomyśleliście: „Czemu nie?”. Namaste.

Jako gospodarz mam przyjemność powitać Państwa dziś wieczorem w tych ogrodach na obchodach rocznicy Konstytucji 3 Maja. Rok 1791. Pierwsza spisana konstytucja w Europie. Druga na świecie, zaraz po Amerykanach – choć, mówiąc szczerze, im udało się być pierwszymi tylko dlatego, że nie musieli się martwić sąsiadem, który „przypadkiem” najeżdża ich za każdym razem, gdy próbują uchwalić podstawowe prawo. Co niestety było naszym przypadkiem.

Sąsiedzi zobaczyli, że stajemy się tacy „postępowi” i stwierdzili: „O, spójrzcie na nich. Mają teraz zasady. Jak uroczo. Wymażmy ich na stulecie”. I tak zrobili. 123 lata Polski „wyrenderowanej” z mapy Europy. Ale przetrwaliśmy. I dziś jesteśmy silniejsi niż kiedykolwiek. Gospodarka warta bilion dolarów!

To bardzo polska historia, prawda? Włożyliśmy tyle wysiłku w debaty o prawach, wolności i „ludzie”. A konstytucja była arcydziełem. Ale przetrwała… czternaście miesięcy. Czternaście miesięcy! Ricky Gervais powiedziałby: to nie jest system prawny; to darmowy okres próbny na Netfliksie, którego zapomniałeś anulować. Miała termin ważności jak otwarty jogurt w słońcu Delhi. Ale była takim cudem. Źródłem dumy i nadziei podczas 123 lat ciemności, bólu i walki. Polską dumą.

Widzą Państwo, to taka nasza polska przypadłość: zawsze wyprzedzamy epokę, zazwyczaj w najbardziej niekorzystnych okolicznościach historycznych. Weźmy na przykład nasz parlament. Nasze tradycje parlamentarne sięgają blisko 600 lat wstecz – do czasów, gdy większość Europy myślała, że „rząd reprezentatywny” oznacza wybieranie kuzynki, z którą król powinien się ożenić.

W tamtych dniach byliśmy pionierami. Nasze decyzje opierały się na konsensusie – prawdziwej jednomyślności. Dziś dokładnie tak starają się pracować główne organizacje, takie jak G7, G20, NATO czy OBWE. Robiliśmy to, zanim stało się to modne!

Ale jak zwykle, byliśmy w tym zbyt dobrzy. Zasada ta wyrodziła się w niesławne liberum veto – zasadę „nie pozwalam”. Doszło do tego, że w latach 1733–1765 nasz parlament nie był w stanie uchwalić ani jednej ustawy. Ani jednej! Wyobraźcie sobie dzisiejszego polityka, któremu mówi się, że nie może uchwalać żadnych praw przez 30 lat – nie miałby czego wpisać na plakaty wyborcze!

Niestety, naszym sąsiadom bardzo się to podobało. Obce mocarstwa wykorzystywały tę właśnie „wolność”, by blokować nasze reformy i patroszyć naszą obronność. W końcu korupcja polityczna i porwana demokracja nie tylko zatrzymały silnik – one zabiły całe państwo.

Konstytucja 3 Maja została podpisana przez naszego ostatniego króla. Ale tu tkwi szkopuł: przez niemal dwa wieki wcześniej nie tyle „mieliśmy” królów, co ich wybieraliśmy. I nie mówię tu o jakimś małym kręgu elitarnych elektorów. To było głosowanie powszechne!

Cóż, „powszechne” według standardów XVIII-wiecznych, co oznaczało, że głosować mogła tylko szlachta. Ale w Polsce szlachta stanowiła około 10 procent populacji. Żeby oddać perspektywę: to czyniło nas wtedy największą monarchią republikańską na świecie. Znowu – lata świetlne przed wszystkimi. Podczas gdy cała reszta kłaniała się monarchom absolutnym, my w zasadzie prowadziliśmy masową, chaotyczną prezydencką kampanię wyborczą.

Ale, jak możecie się domyślić, był w tym haczyk. Nasi sąsiedzi szybko zdali sobie sprawę, że nie trzeba podbijać Polski – wystarczy mieć przyzwoity budżet na łapówki. Obce mocarstwa odkryły, że znacznie taniej jest przekupić kilka tysięcy wyborców, by wybrali króla, który lubi ich bardziej niż nas. Okazuje się, że bycie pionierem demokracji to świetna zabawa, dopóki nie pojawią się zagraniczni lobbyści z workami złota.

A teraz jesteśmy w Indiach. Uwielbiam tu być. Macie najdłuższą konstytucję na świecie. Nasza była broszurą; Wasza jest trylogią. Nasza była prototypem, Wasza jest encyklopedią. Gdyby polska konstytucja była tweetem, Wasza byłaby 400-stronicowym regulaminem, na który każdy klika „Akceptuję”, bo śmiertelnie boi się tego, co stanie się, jeśli tego nie zrobi.

I spójrzcie, wiem, że na zewnątrz jest ponad 40 stopni, nawet po zachodzie słońca. Ludzie wciąż mi mówią: „Panie Ambasadorze, musi Pan strasznie cierpieć!”. Ale muszą Państwo zrozumieć, skąd pochodzę. Mimo ocieplenia klimatu, w Polsce istnieje szansa na śnieg od października do maja. Żeby się rozgrzać, muszę tam dość często odwiedzać saunę. Więc stanie tutaj, w ten „skwierczący” wieczór w Delhi? Dla Polaka to nie fala upałów; to sauna z lepszym cateringiem.

Polska i Indie: spójrzcie, jak daleko zaszliśmy. Jesteśmy nie tylko partnerami na Ziemi; jesteśmy współlokatorami na orbicie. Hindus Shubhanshu Shukla i nasz Sławosz Uznański współpracowali niedawno przy misji Axiom-4 na Międzynarodową Stację Kosmiczną.

Pomyślcie o tym. Indyjski pilot i polski naukowiec, zamknięci w metalowej rurze, pędzący wokół planety. Zabrali nawet liofilizowane pierogi i indyjskie curry, by się nimi dzielić. Sławosz dryfuje tam, próbując wyjaśnić, że pieróg to pełnowartościowy posiłek, a Shubhanshu jest po prostu szczęśliwy, że w końcu znalazł miejsce, gdzie nie docierają korki z Nowego Delhi. To ostateczny sukces dyplomatyczny: dwa narody, jedna kapsuła i stan nieważkości, by kłócić się o to, czyja babcia robi lepszą pikantną przekąskę.

Muszę też przeprosić za stan domu. Spójrzcie na niego. Jest obłożony rusztowaniami, tynk został zerwany… to trochę katastrofa, prawda? Goście pytali mnie, czy organizuję przyjęcie, czy może kręcimy surowy remake Fuchy Jerzego Skolimowskiego. Jeśli nie widzieliście tego filmu, opowiada on o grupie polskich budowlańców pracujących nielegalnie w Wielkiej Brytanii nad domem, podczas gdy w ich kraju trwa stan wojenny. To w zasadzie moje obecne życie, tyle że nazywają mnie „Ambasadorem”. Jeszcze gorzej ma moja żona. Przez 36 lat była zawodową dyplomatką. Teraz postanowiła zostać po prostu żoną Ambasadora. Ale w rzeczywistości musi pełnić rolę majstra na budowie. Przepraszam, kochanie.

Podsumowując, jeśli odrobina tynku wpadnie Państwu do pieroga, proszę to nazwać „posypką w stylu vintage” i jeść dalej. To dodaje charakteru.

Wkrótce ten dom odzyska swój pierwotny blask. W końcu ma lepsze CV niż ja. W latach 1947–1951 ta właśnie rezydencja – znana wówczas jako Kanika House – była domem dr. B.R. Ambedkara. Pomyślcie o tym. Podczas gdy Polska walczyła o odnalezienie się po wojnie, główny architekt indyjskiej konstytucji przemierzał te korytarze, kreśląc projekt dla największej demokracji świata. To w sumie onieśmielające. Siedzę w swoim gabinecie, próbując wymyślić, jak naprawić Wi-Fi, a on w pokoju obok wymyślał, jak naprawić wszystko dla miliarda ludzi.

Uważamy za święty obowiązek bycie kustoszami tej historii. Nie tylko mieszkamy w domu; mieszkamy w pomniku sprawiedliwości i prawa.

Dr Ambedkar – czy też Babasaheb, jak jest pieszczotliwie nazywany – był tak niezwykłą i potężną postacią. Nasi indyjscy przyjaciele: zazdrościmy Wam! Tak naprawdę cały świat potrzebuje teraz kogoś takiego jak on.

Spójrzcie na to, co dzieje się dzisiaj: tyle chaosu, nieprzewidywalności, łamania norm, polityka siły w swoim szczytowym wydaniu, a organizacje międzynarodowe tracące na znaczeniu i wiarygodności. Świat woła o powrót do rządów prawa. Potrzebuje solidnej konstytucji i potrzebuje wizjonerskich, odważnych i przyzwoitych liderów, takich jak dr Ambedkar, którzy poprowadzą nas ku nowemu porządkowi świata – opartemu na prawie i godności obywatelskiej.

I oto jesteśmy. Polskie święto, w moim ogrodzie, celebrujące dokument, który został nagle uśmiercony, ale jakimś cudem utrzymał naród przy życiu przez sto lat. To szaleństwo. To piękne.

Zatem, czy mowa o polskiej Konstytucji z 1791 roku, czy o indyjskiej z roku 1950, lekcja jest ta sama: demokracja to dar, ale bardzo kruchy. Trzeba go karmić, chronić i – jak widać – od czasu do czasu uczcić grillowaną kiełbasą.

Wznieśmy więc toast. Za Konstytucję, za naszych astronautów i za Żubrówkę, która czeka na Państwa przy barze. Jeśli zastanawiacie się, dlaczego w niektórych butelkach jest źdźbło trawy, nie martwcie się – to nie wypadek przy pracy w ogrodzie. To trawa żubrowa. To jedyny znany nam Polakom sposób, by być „ekologicznym” przy jednoczesnym zachowaniu 40 procent mocy. To także jedyna rzecz w tym ogrodzie, która może być w tej chwili zimniejsza niż ja sam.
Jai Hind! Na zdrowie!
Wiwat maj! Piękny maj! U Polaków – błogi raj!

I… tutaj kończy się mój skrypt! Zazwyczaj nie należę do osób czytających z kartki, ale dziś wieczorem zrobiłem wyjątek. I nie, nie dlatego, żebym się martwił, że pomyślicie Państwo, iż improwizuję po kilku Żubrówkach! Uwierzcie mi, prawdziwy powód jest znacznie poważniejszy. Ale… potrzymam Państwa jeszcze chwilę w niepewności. Wszystko wyjawię, gdy wrócę na scenę po występie!

A teraz, moi drodzy przyjaciele, czas na wielkie odkrycie kart. Gotowi? Prawdziwy powód, dla którego tak trzymałem się skryptu, jest taki, że moje przemówienie – wraz z żartami – zostało przygotowane przez Sztuczną Inteligencję. Nie tylko z jej pomocą, ale przez samą AI! Oczywiście według moich bardzo szczegółowych i „eksperckich” instrukcji… ale to dzieło maszyn.

Ale hej, śmiali się Państwo dość głośno z moich żartów, więc musiały być całkiem dobre! Zaczynam się wręcz niepokoić. Dlatego postanowiłem wykorzystać tę okazję, by uroczyście ogłosić… koniec zawodu dyplomatycznego speechwritera!

Dziękuję! Bawcie się dobrze!