Czego mi brakuje? Mnie, tutaj, w tym upalnym, nieogarnionym Delhi? Nart, rzecz jasna. Nart i śniegu. Wstyd wyznać, sromota to wręcz niebywała, że choć od trzydziestu sześciu lat nie przepuściłem żadnego sezonu – pomijając, rzecz jasna, trzy równikowe zimy na placówce w Nairobi, gdzie o śnieg równie trudno jak o chłodek w piekle – to w gruncie rzeczy na nartach ani się dość nie najeździłem, ani do syta nie nabiegałem. A przecież, co tu kryć, pan bóg w swojej bezkresnej szczodrobliwości nie wydzielił mi tych sezonów nieskończenie wiele. Każdy kolejny, który bezpowrotnie ucieka, boli zatem potępieńczo.
Powiadają mi, owszem, że są w Indiach narciarskie ośrodki, że w Kaszmirze, że w Himachal Pradesh da się przypiąć deski. Ależ to czysta mitręga, logistyczny dopust boży! Najpierw człowiek musi wsiąść w samolot, potem tarabanić się bez końca, długimi godzinami w samochodzie, a na miejscu – trasy nędzne, policzalne na palcach jednej ręki, a infrastruktura nad wyraz uboga, żeby nie powiedzieć: frugalna. Życzliwi doradzają mi łaskawie: „Lećże Pan do Ałmatów, albo prosto do Europy”. Pięknie, tylko że na takie eskapady czasu już najzwyczajniej w świecie mi brakuje. I cierpliwości.
Ach, co innego w Armenii! Tamże uprawiałem prawdziwe, niemalże metafizyczne jeżdżenie. Przez dwa bite zimowe miesiące, w każdą świętą sobotę i każdą pańską niedzielę, meldowałem się w Cachkadzorze. Pustki na stokach, nienaganny, nietknięty sztruks pod nartami, a do tego jeszcze biegówki w Aszocku, i to w jakim towarzystwie! W asyście miejscowych olimpijczyków, co samo w sobie podnosiło rangę każdego kroku na śniegu.
Tutaj zaś, w tym indyjskim tyglu, nie pozostaje mi nic innego, jak tylko żmudna, domowa krzątanina wokół własnej kondycji: podtrzymywanie formy wydolnościowej, konserwacja mięśni, oliwienie stawów i ścięgien. Wszystko to w niemalże rozpaczliwej nadziei, że ta moja cielesna maszyneria jeszcze się kiedyś do czegoś przyda. Paradoks goni tu paradoks: Himalaje niby pod bokiem, góry strzeliste, majestatyczne, dech w piersiach zapierające, a turystyki narciarskiej – na lekarstwo. Tutejsi mędrcy tłumaczą mi solennie: „Topografia trudna, śnieg nawet w głębokiej zimie leży chorobliwie wysoko”. I pomyśleć, że w naszej starej Europie zmiany klimatyczne doszły do takiego punktu, że bez armatek i sztucznego śniegu rzadko który kurort w Alpach jest w stanie w ogóle zipnąć. Zamykają dla nart nawet mój widokówkowy Braunwald w Szwajcarii. Tutaj natura wciąż pyszni się swoim pierwotnym pięknem, a klimat – bądźmy realistami – bardziej gorący już przecież nie będzie. Ale jest, jak jest. Godzę się z tym wyrokiem losu.
Co nie oznacza wcale, że potrafię przejść obojętnie nad pewną fundamentalną niesprawiedliwością systemową. Otóż uważam – i poglądu tego będę bronił z całą stanowczością – że wysyłanie na placówki dyplomatyczne do Genewy, Berna, czy chociażby Wiednia takich polskich urzędników, którzy na nartach jeździć nie potrafią lub, co gorsza, nie chcą, jest przejawem skrajnej, wręcz politycznej nieodpowiedzialności. Taki osobnik bezwstydnie zabiera przecież miejsce kolegom, którzy z racji swoich narciarskich talentów zrobiliby z owego geopolitycznego położenia właściwy, głęboki użytek. Aluzju poniali?
Głębsza, by nie rzec: egzystencjalna refleksja towarzyszy mojemu permanentnemu niedosytowi kulturalnemu. Oglądałem niedawno w telewizorze transmisję z Konkursu Chopinowskiego i ogarnęło mnie zdumienie pomnożone przez bezsilność. Oto bowiem czarno na białym widać, że fortepianem niepodzielnie i despotycznie rządzi dziś Azja. Chińczycy, Japończycy, Koreańczycy, Wietnamczycy, ba, nawet Filipińczycy zasiadają przy klawiaturze z natchnieniem i techniczną furią. Ale Indusów brak. Ani jednego, choćby na lekarstwo. Czy my się w tej naszej chopinowskiej Warszawie kiedykolwiek jakiegoś reprezentanta Indii doczekamy?
Przecież to jest wolta umysłu: Delhi liczy sobie jako stolica federalna ponad dwadzieścia dwa miliony żywych dusz. Dwadzieścia dwa miliony! I na ten nieprzebrany ludzki ocean – żadnego gmachu operowego, żadnej z prawdziwego zdarzenia sali filharmonicznej, żadnej stałej, etatowej orkiestry symfonicznej. Kompletna, porażająca próżnia. Istnieje wprawdzie piękna Fundacja Neemrana, która z godnym lepszej sprawy zapałem skrzykuje śpiewaków o głosach znośnych, a chwilami nawet przyzwoitych, organizuje wieczory i koncerty, ale wszystko to jest niszowe do bólu. Tak jest, powtórzę to z uporem: do bólu. Bo boli człowieka, potępieńczo boli, że na muzykę, którą my z nawyku zwiemy klasyczną, nie ma tutaj zapotrzebowania.
I niech mi nikt nie opowiada andronów o nieprzebytej barierze kulturowej, bo to wierutna bzdura. Zachodni pop i ordynarny rock docierają tutaj przecież najgłębiej jak się da, w same trzewia tej ziemi. Byłem naocznym świadkiem, widziałem na własne oczy, jak na koncerty zespołu Coldplay w Mumbaju waliły gęste tłumy – po pięćdziesiąt tysięcy widzów przez trzy bite wieczory z rzędu! Tymczasem zachodnia muzyka klasyczna bynajmniej się nie przebija. Nie trafia do miejscowych elit, nie trafia do kształconych na najdroższych zachodnich uniwersytetach, nie trafia nawet do tych, którzy na co dzień ostentacyjnie uprawiają stuprocentowo zachodni styl życia. Mogę oczywiście intencjonalnie pojąć niechęć tutejszej elity politycznej do propagowania naszych wzorców konsumpcji duchowej. Rozumiem, że tutejsi ideolodzy drżą ze strachu, iż zachodni model podkopie i bezpowrotnie unicestwi rdzenną tożsamość hinduską. Ale na litość boską, bez przesady!
Poza tym – spójrzmy prawdzie w oczy – panuje tu potężna niekonsekwencja. Przecież żywiołowo i bez żadnych zapór przenika tu chociażby jazz. I to nie tylko do Delhi, gdzie jako tako prosperuje dzięki klubowej salce „Piano Man” i kilku innym przybytkom. Mało tego: oni tutaj już nawet rapują, i to z niemałym powodzeniem, w języku hindi, a nawet pendżabi! Wszystko wolno, wszystko się przyjmuje, a naszego Chopina grać najzwyczajniej w świecie nie ma dla kogo. A skoro nie ma dla kogo, to – logicznym i smutnym kolei rzeczy porządkiem – nie ma też i komu.
Z teatrem, żeby obraz niedosytu był pełny, sprawa wygląda równie żałośnie. Nie ma, proszę państwa, sal teatralnych. Istnieje wprawdzie Narodowa Szkoła Teatralna, tli się jakiś „Small Theater Group”, ale zachodnie sztuki uświadczysz tam wyłącznie w wydaniu skrajnie eksperymentalnym, nieregularnym, nastrojonym na ton niszowy i kameralny do granic wytrzymałości. Człowiek spragniony klasycznej metody Stanisławskiego na scenie odchodzi z kwitkiem, odprawiony przez los z pustymi rękami.
Żeby nie było wątpliwości, sprawę należy postawić jasno i bez pogańskich niedomówień: dla mnie Indie to cywilizacja kultury najwyższej, rzec można – potężne imperium ducha. Także w sensie muzycznym, a może zwłaszcza w nim, jawią się one jako rzeczywistość rzędu wyższego, przed którą człowiek Zachodu winien skłonić swą dumną, lecz często zadufaną głowę. Pospolite, wulgarne wręcz skojarzenia, owoc naszej pożal się Boże ignorancji, sprowadzają tę przebogatą fonosferę do hotelowego brzdąkania sitaru, do monotonnego dudnienia tabli, tampury i bambusowego fletu bansuri. Cóż za nędzne uproszczenie! Przecież to jest świat cały, uniwersum przepastne o tysiącletniej tradycji, tkanką swoją wrosłe w indyjską duchowość, w gęstwinę tamtejszych religii, świętych tekstów, mitów i codziennych, niezłomnych zwyczajów. Dźwięk na tej ziemi to nie jest rozrywka dla znużonych inteligentów; tam dźwięk to sama istota boskości, absolut wibracji. Powie ktoś, że to przesada? Nonsens. Nam na Zachodzie przecież też święty Augustyn z właściwą sobie, genialną zwięzłością powtarzał, że kto śpiewa, ten dwa razy się modli. Muzyczne kanony stworzył tu prastary traktat – jakby nie było, głęboko filozoficzny – Natjasastra.
Nie da się, ot tak, z marszu, prosto z hałaśliwej ulicy wejść do sali koncertowej i od pierwszego taktu docenić owego kunsztu. Do tego misterium trzeba się koniecznie przygotować. Trzeba przejść pewien rygorystyczny czyśćcowy rytuał, a wtedy doprawdy wstępuje człowiek w nowy, wspaniały świat dźwięków. Z naszą muzyką klasyczną – nie oszukujmy się – nie jest inaczej. Przeciętny słuchacz bez klucza jest ślepy i głuchy. Jakżeż mi w tym względzie pomogły dawne, pełne olśnień wizyty w szkole muzycznych edukatorów z Artosu, a potem owe niedoścignione, legendarne wykłady Leonarda Bernsteina w Carnegie Hall! W indyjskim ogrodzie dźwięków również trzeba posiąść wiedzę elementarną: pojąć misterne konstrukcje ragi, poznać kapryśne stopnie hinduskiej oktawy, zgłębić mikrotonowość śruti czy wreszcie pojąć matematyczną dyscyplinę cykli rytmicznych tala. W muzyce tej nie uświadczysz zachodniej harmonii, nie ma tam naszych bezpiecznych akordów. Jest za to nieskończona linia ragi, z których każda uosabia konkretną rasę, ściśle określoną emocję ludzką lub boską. A muzyk? Muzyk wpisuje się w nią całym swoim kruchym i grzesznym istnieniem, oddając się bez reszty żywiołowi improwizacji.
Może zresztą ta nieprzewidywalna, wolna improwizacja powoduje, że nasz klasyczny, sztywny gorset partytury, ta cała autorytarna dyktatura dyrygenckiej batuty staje się dla Hindusa nudnym, przewidywalnym łańcuchem dźwięków, rodzajem akustycznego aresztu. Może właśnie dlatego bliższy ich sercu i bardziej atrakcyjny jest Krzysztof Komeda niż Fryderyk Chopin? Komeda wszak pozwala im po prostu i bezczelnie poimprowizować. Ale – i tu dochodzimy do punktu zwrotnego – choćbyśmy nie wiem jak wspaniałe pieśni pochwalne na cześć ich tradycji wznosili, nie ma, nie było i nie będzie niczego potężniejszego nad naszą muzykę klasyczną. Bach, Mozart, van Beethoven, wspomniany Chopin i cała reszta niebiańskich kompozytorów – to są filary naszego świata. I nie ma, podkreślam to z całą mocą, niczego piękniejszego niż nasza klasyka słuchana na żywo, w nabożnym skupieniu filharmonii.
Mówi to człowiek, który – przyznaję się do tego nałogu bez oporu– słucha muzyki z taśmy, z cyfrowej puszki całymi dniami, po dziesięć godzin na dobę. Pracować bez tego tła nie potrafię, czytać książek nie jestem w stanie, a już pisać – to w ogóle czysta niemożliwość, paraliż zupełny. A jednak nic, żadne mechaniczne odtworzenie, nie przebije owych wspaniałych, mistycznych wręcz chwil, gdy rozbrzmiewają pierwsze takty muzyki symfonicznej słuchanej na żywo. Owe niepodrabialne, gwałtowne endorfiny, które te pierwsze sekundy dźwieków wywołują w mózgu, są warte każdej ceny. Na koniec jednak, żebym w tym uniesieniu nie zapomniał o prozie życia, muszę wyznać jedno: do czegoś nadal, mimo upływu czasu, przyzwyczaić się w Indiach nie potrafię. Otóż do owych piskliwych głosów tamtejszych śpiewaczek. Śpiewają one, na mój słuch, o jakieś trzy tonacje wyżej niż dopuszcza nasza kultura. Te ich nosowe falsety, te dziwaczne, wręcz udawane dziecięce piski – to jest coś, co moją europejską i skądinąd wrażliwą duszę wciąż napełnia głębokim, estetycznym popłochem. Ale może jeszcze coś poczytam i się przysposobię.
Teatr również ma na tej ziemi formę arcydzieł mistycznych i oryginalnych. Nie jest wszakże tak, jak mniemają niektórzy nasi niektórzy domorośli krytycy, że sztuka ta pozostaje w Indiach materią nieznaną i niedocenioną. Przeciwnie. Miałem oto okazję gościć w Kochi na spektaklu Kathakali (dzięki zaradności mojej żony) i muszę wyznać, iż ów seans urzekł mnie w sposób absolutny, wręcz zatraceńczy. Zapomniałem wówczas o bożym świecie; zanurzyłem się w odgrywane na moich oczach misterium całą swoją grzeszną świadomością. Gdyby w tamtej chwili jakiś zręczny kieszonkowiec postanowił oskubać mnie z portfela, szwajcarskiego zegarka, a nawet z najgłębszych tajemnic państwowych – nie spostrzegłbym się w ogóle, trwając w stanie całkowitego, metafizycznego osłupienia. Historie te bywają fabularnie prościutkie, zaczerpnięte wprost z ich monumentalnych, epickich tekstów; sama zaś pantomima skrępowana jest rygorystycznymi, wręcz nieludzkimi kanonami gestu. Kiedy jednak człowiek przychodzi na widownię należycie przygotowany, kiedy posiada choćby okruch wiedzy o regułach tej gry i podda się hipnotycznym, tantrycznym rytmom tabli, wówczas tonie w owej scenicznej fikcji bez pamięci. Nic zresztą dziwnego, że bez Kathakali nie byłoby naszego narodowego mitu, jakim stał się Teatr Ubogi Jerzego Grotowskiego. Powiedzmy to głośno: nie byłoby w ogóle Grotowskiego bez Indii, o innych niezliczonych i ożywczych związkach teatru indyjskiego z zachodnią awangardą nawet nie wspominając. Ta potężna kultura sceniczna czyni z Indii prawdziwego duchowego kolosa.
Sam rozkochałem się w teatrze – i nie krępuję się do tego grzechu publicznie przyznać – podczas moich dawnych studiów w Moskwie. Moja zaradna żona odkryła wówczas cudowny, specjalny kanał nabywania biletów na spektakle dla zwykłych śmiertelników niedostępne, objęte permanentnym ażotażem totalnym. Chodziliśmy wtedy namiętnie na Tagankę Lubimowa – gdzie miałem jeszcze szczęście oglądać Włodzimierza Wysockiego na scenie, za jego tragicznie krótkiego życia. Odwiedzaliśmy MChAT Jefremowa, Teatr Satyry Płuczeka, Lenkom Zacharowa; krótko mówiąc: obskakiwaliśmy sumiennie wszystko, co tylko warto było tam zobaczyć. Raz w tygodniu obecność w teatrze była dla nas obowiązkiem religijnym, rygorem nie do podważenia. Była to edukacja teatralna warta dyplomu teatrologicznego.
I tak mi już zostało na całe życie. Choć z boleścią serca muszę zauważyć, że ostatnich lat na rodzimym podwórku w żaden sposób nie potrafię nazwać szczytowymi, jeśli idzie o poziom polskiego teatru. Dzisiaj nawet Krzysztof Warlikowski nie zawsze jest w stanie mi zaimponować, chociaż – sprawiedliwość mu oddać muszę – momenty miewa iście genialne. Jednak po Tadeuszu Kantorze, po Konradzie Swinarskim, Józefie Szajnie czy Jerzym Grzegorzewskim nastała w polskiej kulturze przejmująca, głęboka pustka.
A co mnie właściwie w tym teatrze od zawsze urzeka? Nie żaden czysty, tani voyeurizm przecież. Urzeka mnie ta całkowita, chwilowa utrata kontekstu, to słodkie złudzenie, że ja wcale nie siedzę na pluszowej widowni, lecz tkwię gdzieś kątem bezpośrednio na scenie. Przeżywam wtedy wraz z bohaterami – niemo, bo niemo, ale całym swoim ułomnym jestestwem – ich zawiłe dialogi i tragiczne perypetie. Jestem tam z nimi i bezgranicznie im wierzę, że są w istocie tymi, których grają. Choć – prawdę mówiąc – zdarza mi się to dzisiaj coraz rzadziej, coraz boleśniej rzadko.
Cóż więc począć, pytam skromnie, z tą ziejącą otchłanią, z tą pustką dotkliwą, jaka bezlitośnie otwiera się w człowieku z braku koncertów symfonicznych, operowych uniesień i teatralnych doznań? Co czynić w jaskrawe tutejsze weekendy, kiedy o szusowaniu po stokach można co najwyżej marzyć z melancholijnym westchnieniem? Pracować? Rozciągać godziny stachanowszczyzny aż po ostateczne granice zdrowego rozsądku? No raczej. Zawsze stałem na twardym stanowisku wroga takowej przesady. Mówiąc krótko i trawestując znane porzekadło: nieskończenie lepiej jest na nartach myśleć o pracy, niż w pracy zajmować się myślą o nartach.
W tym odległym zakątku świata, w Indiach mianowicie, jedno mogę państwu z czystym sumieniem zalecić: nawiedzajcie księgarnie. Nie muzea, nie wyszukane wystawy, nie nagłaśniane ekspozycje, ale właśnie przybytki słowa drukowanego. Jest ich wprawdzie niewiele, ale za to jakich! Tytułów tam odkrywczych i olśniewających całe zatrzęsienie.
A już taka College Street w Kolkacie to zgoła ewenement w skali globu: trzy kilometry bieżące księgarń, stłoczonych zuchwale jedna przy drugiej, po obu stronach ulicy. Przybytki to, wyznajmy szczerze, mało salonowe. Żadne tam marmury i klimatyzacja – ot, budy zwyczajne, blaszane szczęki, handlujące przeważnie suchymi skryptami dla studentów. Ale to właśnie w tych lisich norkach, pośród kurzu i dymu spalin, wygrzebać można perły najczystszej próby. Rzecz jasna nie w sensie bibliofilskim, lecz czysto zmysłowym, przedmiotowym. Ba, tutaj nawet na lotniskach książkowe stoiska demonstrują wyższy smak i literackie wysublimowanie niż szacowne księgarnie akademickie w Polsce.
Nie przepuszczę zatem żadnej okazji, by z uporem maniaka ponowić to sakramentalne, dręczące pytanie: kto, u diabła, tak bezwzględnie dewastuje polskie gusta czytelnicze? Kto zanieczyszcza nasze lśniące, galeryjne salony tą potworną makulaturą pseudoliteracką? Rodzimi księgarze, rozkładając bezradnie ręce, zwykli mi powtarzać: „Proszę pana, wykładamy to, co nam popyt podpowiada”. No to kapelusze z głów, szanowni państwo – popyt w Indiach jest popytem najwyższej kulturowej próby. Co prawda w języku polskim nic tam się jeszcze nie znajdzie, ale po angielsku dostaniesz absolutnie wszystko. Polacy, zwiedzajcie zatem w Indiach księgarnie. Tak, tak, te księgarnie to jest coś, czego nam w Polsce nadal brakuje!
