Terey ma psa. Wabi się Tibi. Ogromne kosmate psisko. Tibi został w Budapeszcie. Terey za nim boleśnie tęskni. Ja psa nie mam i nigdy nie miałem.
W Parku Nehru, gdzie w weekendy biegam – a raczej, bądźmy ze sobą boleśnie szczerzy, z wolna drepczę, starając się podtrzymać swą biologiczną wydolność na jako takim, przyzwoitym poziomie – zadzierzgnąłem z czasem nieordynaryjne więzi znajomości z miejscowymi psami. Dla pełnej jasności: znamy się wyłącznie z widzenia. Żadnych wylewnych aktów powitania one na mój widok nie wykonują, ogonami nie merdają, nie łaszą się przymilnie i nie domagają się – ani ode mnie, ani od nikogo innego – czułych głaskań czy darmowych przysmaków. Nie wykonują też, Bogu dzięki, żadnych gestów jawnie nieprzyjaznych. Nie ujadają wściekle, kłów w złowrogim uśmiechu nie szczerzą. Nasza zażyłość, a przecież to już długie miesiące regularnych spotkań na parkowych alejach, polega na wzajemnym, konsekwentnym, wręcz ceremonialnym niezauważaniu naszego istnienia.
Psów tych żyje tu kilkanaście – stworzenia to zdrowe, nad wyraz dobrze odżywione, postawne, pakery z nich niemalże, o maści płowej lub głęboko karmelowej. Wyglądają, jakby wszystkie pochodziły z jednej i tej samej, tajemnej hodowli. Nikt ich po imieniu nie woła. Zdaje się zresztą, że nikt ich tutaj w ogóle i nigdy nie woła. Są wprawdzie systematycznie karmione, ale na posiłki nie trzeba ich specjalnie zapraszać; same doskonale wiedzą, o jakiej porze i gdzie należy podejść.
Ich największą namiętnością jest wylegiwanie się na samej biegowej ścieżce. Ścieżka ta bowiem – miękka, tartanowa i sprężysta – jawi się im jako luksus nieporównywalnie wygodniejszy od zwykłej, twardej trawy. Przeważnie śpią, mając na tym czerwonym pasie swoje ściśle ulubione, uświęcone tradycją miejsca. Na potoki biegaczy oraz spacerujących relaksacyjnie przechodniów nie reagują wcale, mając ich w najgłębszym, majestatycznym poważaniu. Co ciekawe, biegacze płoszyć ich i spędzać ze ścieżki się nie podejmują. Jak to w Indiach – nikomu by to nawet przez myśl nie przeszło, byłby to czyn zgoła bezbożny. Owa wzajemna, absolutna ignorancja jest więc, jak mniemam, znakiem obustronnego, głębokiego szacunku. Ja w każdym razie po miesiącach tej cichej koegzystencji doskonale już wiem, na jakich odcinkach muszę uważać szczególnie; wiem, jak bez zatrzymywania się omijać i zręcznie przeskakiwać zalegające przeszkody, aby śpiącemu stworzeniu na ogon bezczelnie nie nadepnąć i o łapę się przypadkiem nie potknąć.
Te delhijskie psy, trwające w stanie totalnego, wręcz buddyjskiego braku aktywności, prowokują jednak do zadania fundamentalnego pytania: skąd się ów paraliż u nich bierze? One ani się leniwie nie podrapią, ani nie pobawią się ze sobą nawzajem – ot, choćby tak z czystej, psiej nudy. Leżą nieruchomo i przez całe dnie znaku życia nie dają. To leżenie plackiem, to absolutne odłożenie treserskie, ów letarg permanentny w dni uciążliwych upałów czterdziestopniowych można jeszcze jako tako zrozumieć. W tamtejszym klimacie to przecież jedyna rozsądna strategia przetrwania. Rzecz jednak w tym, że one cały święty rok w ten sposób się wylegiwują, niezależnie od kaprysów aury.
A jednak na ciałach niektórych z nich widoczne są blizny. To są niewątpliwie ślady jakichś krwawych walk, gwałtownych zwarć i nocnych potyczek. W każdym razie owe rany są niezbitym dowodem jakiejś dramatycznej aktywności. Od samego leżenia na tartanie przecież nie powstały. I w tym miejscu uruchamiają się we mnie całe, niezbadane rewiry wyobraźni: co też, na miłość boską, musi się w tym psim mikrowersie odbywać nocą? Dokąd one łażą pod osłoną mroku i w jakim celu, skoro o świcie wracają na ścieżkę tak poturbowane i pokiereszowane? I po co w ogóle chce im się ruszać z miejsca, ryzykować zdrowie i zbierać guzy, skoro za dnia w Parku Nehru mogą wieść żywot ze wszech miar sanatoryjny, bezpieczny i pański?
Bo za dnia owa parkowa arystokracja zrywa się z letargu i w stan nagłej agresji wpada wyłącznie na widok obcego psa. Jeśli ów przybysz prowadzony jest przez właściciela na smyczy, delhijscy pakerzy demonstrują jedynie pozę ponurej gotowości, rodzaj alertu żółtego. Kiedy jednak obcy pies wbiega na ich teren luzem, cała ekipa podrywa się dziarsko i swoje zbójeckie prawa własności do terytorium parku jednoznacznie obwieszcza światu. A jeśli – nie daj Boże – intruzem okaże się pies bezpański i zabłąkany, wówczas zbiorowy atak w celu bezwzględnego wyparcia nieszczęśnika zaczyna się na całego. A ja, jako truchtający tam dyplomata, jestem tego przemocowego widowiska – na całe szczęście niezagrożonym – świadkiem.
Nie wszystkie bezpańskie psy są w Indiach tak łaskawe dla ludzkiego otoczenia. Zdarzają się, owszem, przypadki pogryzień – i to, bagatela, kilka milionów rocznie, w tym również pogryzień śmiertelnych. Nic w tym dziwnego, skoro psów bezdomnych żyje na tym subkontynencie ponad 50 milionów. Na Indie przypada wszak ponad jedna trzecia światowych zgonów z powodu wścieklizny, więc problem jest palący i stuprocentowo realny. Kiedyś jednak, gdzieś w głębokim indyjskim interiorze, tłumaczono mi z całą powagą, że psy na tamtejszej prowincji to naturalni sanitariusze. Polują na szczury i myszy, zapewniając kruchą równowagę w ekosystemie. Kiedy zachodnie organizacje społeczne zażądały zaprowadzenia porządku – odławiania, sterylizacji i czipowania czworonogów – w kraju podniósł się autentyczny raban. Władza musiała przemówić do narodu, przypominając z nabożną czcią, że w Indiach wszystkie zwierzęta są przecież w jakiś sposób święte.
W Bukareszcie – owym naszym zachodnim, europejskim, cywilizowanym świecie – władze postanowiły się nie kokosić. Jeszcze dwadzieścia pięć lat temu po stolicy Rumunii biegało blisko sto tysięcy psów, i to psów śmiertelnie niebezpiecznych, zorganizowanych w agresywne watahy. Musiano coś z nimi zrobić. W obronie rumuńskich kundli zaprotestowała wówczas sama Brigitte Bardot, ale na niewiele się to zdało. Pamiętam, jak przed szczytem NATO w 2008 roku podjęto gigantyczną, brutalną akcję oczyszczania ulic. Psy łapano na potęgę i wywożono w nieznane. Pół roku po szczycie, kiedy znów odwiedziłem tamte strony, problem powrócił ze zdwojoną siłą, a zwierzęta stały się jeszcze bardziej agresywne. Watahy otaczały nawet pięciogwiazdkowe hotele, walcząc ze sobą o terytorium w sposób dziki, bezwzględny, bez żadnego „zmiłuj” – wypisz, wymaluj, jak dawny Wołomin z Pruszkowem. Widok był przerażający. Strach było spacerować nawet w pełnym słońcu. Ba, ucierpieli wówczas nawet nasi dyplomaci, gdy nieopatrznie stanęli bestiom na drodze. Władze musiały w końcu zadziałać stanowczo i rozkręciły masową eutanazję. Dziś panuje tam spokój.
Pochodzę zresztą z miasteczka (Krośniewice, jeśliby ktoś jeszcze nie kojarzył), w którym przed laty za sprawą psa doszło do autentycznego incydentu dyplomatycznego. Jeszcze przed wybuchem pierwszej wojny światowej (w 1897 r.) brytyjski konsul generalny Henry Grant wracał do ojczyzny z placówki w Warszawie. Legenda głosi, że los rzucił go na noc w progi naszego starego, napoleońskiego zajazdu. Po sutym posiłku i zapewne niejednej szklaneczce mocniejszego trunku, wyszedł na zewnątrz, by zaczerpnąć świeżego powietrza, a wtedy dopadł go miejscowy, bezpański pies. Pokąsał go dotkliwie i, jak się rychło okazało, zaraził śmiertelną wścieklizną. Nieszczęsny konsul skonał w straszliwych, potępieńczych bólach, z dala od mglistego Albionu. Inne źródła twierdzą, że pogryzły go psy jeszcze warszawskie, a u nas pokonała go wścieklizna. Jedno nie ulega wątpliwości, zgon zgłosił na plebanii sam Albert Anders, administrator majątku Błonie, czyli ojciec Władysława. Złożony został Grant do grobu na naszym miejscowym cmentarzu. Ów dyplomatyczny grobowiec, dzięki niezwykłej staranności tutejszej społeczności, po dziś dzień pozostaje idealnie zadbany, czysty i otoczony serdeczną opieką, stanowiąc cichy pomnik tamtej dawnej, niesamowitej tragedii.
Więc i ja na te delhijskie psy patrzyłem początkowo na wskroś po europejsku, to znaczy z podszytym trwogą dystansem. Pochodzę poza tym z epoki i z miejsc, w których na co dzień można było spotkać hycla. Niegrzeczne dzieci straszono wówczas powszechnie ową demoniczną postacią: „Bądź cicho, bo przyjdzie hycel i cię zabierze!”. Hycel był w gruncie rzeczy naszym polskim, swojskim dalitą – nietykalnym z najniższego szczebla drabiny społecznej. I ów hycel był wtedy figurą arcyważną. Przyjeżdżał do miasteczka swoją blaszaną budą, biegał z chwytakiem, z którego sterczała złowroga druciana pętla. Psy musiały szóstym zmysłem wyczuwać jego obecność, bo nagle zaszywały się w najgłębsze zakamarki bud i przestawały ujadać. Ich właściciele dla pewności sprawdzali, czy łańcuchy nie grożą zerwaniem – pies spuszczony z uwięzi stawał się automatycznie bezpański i mógł marnie skończyć.
U nas wtedy, nawet w moim malutkim rodzinnym mieście, psy miały przeznaczenie wyłącznie użytkowe. To były stworzenia bezapelacyjnie pożyteczne. W czasach, gdy ludzkość nie wynalazła jeszcze elektronicznych alarmów, kamer, monitoringu i grup interwencyjnych, pies był jedynym, niezłomnym strażnikiem ludzkiego mienia. Pieski pokojowe, kanapowce i salonowe pieszczochy posiadała wyłącznie wąska elita. Pamiętam, jak nasza sąsiadka – z hrabiowskiego podobno rodu, cała w różowych tiulach i w kapeluszu z kwieciem – prowadzała swoje pudelki (a może pekińczyki, dziś już nie pomnę, to było wszak sześćdziesiąt lat temu) na niedzielne spacery. Nie powiem, jako dziecko w wieku przedszkolnym też marzyłem o piesku do głaskania. Nawet jednego miałem, choć niestety niezbyt długo. Takżeśmy się rzekomo zakumplowali, że mi z tej wielkiej miłości ucho nadgryzł. Co ciekawe, wcale mi to nie przeszkadzało, płaczu u mnie nie wywołało, ale surowy trybunał rodzinny uznał, że miejsca dla psa przy mnie być nie może. I nigdy więcej nie było.
Potem zapanowała moda u nastoletnich już moich kolegów na posiadanie psa w celach stricte treserskich. Każdy chciał mieć przy nodze swojego wiernego Szarika, nawet z oklapłym uchem i całkiem nierasowego. Tej modzie jednak nie uległem. Stałem się wrogiem tresury w każdym możliwym wydaniu – zarówno w relacjach ludzi ze zwierzętami, jak i w relacjach między ludźmi. Taki ze mnie niepokorny wolnościowiec. A co!
Nigdy bym jednak, moi wierni czytelnicy, nie pomyślał, że nadejdą czasy, w których pies w mojej ojczyźnie, w całej tej cywilizacji europejskiej i zachodniej, zostanie podniesiony do rangi pełnoprawnego członka rodziny. Że będzie się go wabić ludzkimi imionami: Henrykiem, Janem czy Zosią. Że nie będzie mu dozwolone na koniec żywota zwyczajnie, po zwierzęcemu zdechnąć, lecz zostanie zmuszony po ludzku umierać. Że zostanie uczyniony „psieckiem” – ową kuriozalną hybrydą społeczną, obdarzaną miłością, luksusami i troską, których miliony bratnich nam homo sapiens przez całe swoje nędzne życie nigdy nie zaznają.
Czy ktoś w ogóle pytał te biedne psy o zdanie w tej sprawie? Pytam, bo powiem Państwu wprost: mnie ta ludzka zaborczość najzwyczajniej w świecie odrzuca, mdli wręcz. Stała się w moich oczach chorobliwym wykwitem naszej genetycznej, cywilizacyjnej hipokryzji. Ja oczywiście rozumiem tę psychologiczną potrzebę, wyobraźnię mam wszak bezkresną. Potrzeba psychologiczna posiadania psa dotyczy nawet przypadków skrajnych, klinicznych. Potrafię przecież bez trudu wyobrazić sobie szefa – gbura, choleryka, bezwzględnego mobbera, kadrowego manipulatora i kompulsywnego kłamcę. Albo męża – skrajnego egoistę, mizogina i przemocowca. Albo ojca – domowego dyktatora, sierżanta wiecznej musztry, wyznawcę lodowatego „zimnego chowu”. Ale przecież wystarczy, że ów tyran, egoista, drylownik wróci do domciu, usiądzie na kanapie, założy papucie i pogłaszcze swojego pieska. Wystarczy, że pies odwzajemni te pieszczoty lizaniem, merdaniem i robieniem słupka, a sumienie tyrana w ułamku sekundy zostaje oczyszczone. Od razu humor mu się poprawi, od razu spłynie nań błogie przekonanie, że nie jest przecież taki zły – bo psy, jak powszechnie wiadomo, znają się na ludziach. I pomyśli – ja darzę psa sympatią, a on kocha mnie na zabój. O co chodzi? Ludzki jestem. Dobry człowiek ze mnie.
Cóż by owi tyrani zrobili bez psa? Jaką mieliby wówczas samoocenę? Pamiętamy, owczarek Blondi kochała swojego pana miłością ślepą i bezkresną.
Oczywiście, jestem tu niesprawiedliwy, przesadzam. Uznaję przecież bez bicia, że pies potrafi rzetelnie kompensować człowiekowi bolesny deficyt uczuć w relacjach z otoczeniem, że pomaga dawać sobie radę z paraliżującą samotnością, że bywa wreszcie zastępczym, bezpiecznym obiektem uczuć czysto rodzicielskich. Rozumiem to wszystko i jestem bezgranicznie szczęśliwy, że z owej psiej pomocy psychologicznej osobiście nigdy w życiu korzystać nie musiałem. O roli psa jako substytutu zamożności i statusu społecznego pisać w ogóle nie warto – to zjawisko z gruntu chore, ale cóż, nic się na to nie poradzi. Iluż to naszych domorosłych dorobkiewiczów myślało w ten sposób: „Nie stać mnie na drogi samochód prosto z salonu, to sobie chociaż drogiego, rasowego psa kupię i wszystkim wokół pokażę, na co mnie stać”. Tego akurat też robić nigdy nie musiałem i Bogu niech będą dzięki.
Nie myśmy zresztą psa uszczęśliwili, przygarniając go z pańską łaskawością pod dach jako pyszni przedstawiciele gatunku homo sapiens. On się, umówmy się, uszczęśliwił sam. To rzecz niepodlegająca dyskusji, dawno już udowodniona przez mądre księgi naukowe – pies udomowił się samoczynnie. Nie musiał człowiek z biczem w ręku go oswajać; pies sam tego instynktownie chciał, przymusu żadnego nie było i człowiek z tej okazji nader chętnie skorzystał. Ale czy ów pies u zarania dziejów doprawdy chciał aż tyle, ile mu dzisiaj w naszej zaborczości oferujemy?
Zżyliśmy się z tym stworzeniem przez całe minione tysiąclecia, spletliśmy nasze losy w jeden węzeł. Więc co właściwie zrobiłby dziś biedny człowiek bez psa? Kogo (lub co) byłbym wówczas z przyzwyczajenia na bliźnim wieszał? Kto (lub co) miałby bliźniemu bezczelnie mordę lizać? Kto (lub co) z kulawą nogą byłby dla nas miarą absolutnej, przejmującej pustki oraz całkowitego braku zainteresowania? Na co musiałbym wreszcie zejść, aby osiągnąć absolutne, moralne dno staczania się? Kogo (lub co) musiałbym pod płotem pogrzebać, aby dumnie pokazać całemu światu, gdzie tkwi przysłowiowe sedno sprawy? Komu musiałbym w przypływie władzy odmówić głupiej kiełbasy, żeby durnie zademonstrować, iż to ja, pan i władca, decyduję, komu i co się w tym życiu należy? Do kogo miałbym się w chwilach rozpaczy porównać, aby uświadomić innym mizerię własnego, ułomnego żywota? Kto miałby w naszym języku wyznaczać najwyższe, niedościgłe rejestry cwaniactwa? Jakie to zwierzę musiałoby wreszcie objąć patronat nad parszywą, listopadową pogodą? A nawet to moje dzisiejsze pisanie – komu na budę miałoby się ostatecznie przydać? Wniosek stąd płynie prosty i nieubłagany: bez psa opisać świata byśmy po prostu nie potrafili. Tyle tylko, że za jego pomocą opisujemy przeważnie te najgorsze, najpodlejsze strony ludzkiej natury.
I tylko jedno, bezapelacyjnie dobre skojarzenie mamy z tym niezastąpionym zwierzęciem – wierność. Pies jako wieczna apoteoza wierności. Ale i ta piękna apoteoza trąci, wyznam Państwu, bolesnym dziegciem pogardy. Bo w naszych ludzkich oczach owa wierność traktowana jest nazbyt często jako ślepa, bezrozumna, niewolnicza i unicestwiająca własną podmiotowość.
A ja tutaj, w Delhi, na czerwonym tartanie widzę psa wolnego. Nie zbłąkanego, nie ulicznego, nie bezpańskiego, ale właśnie – wolnego.
Wnerwia mnie ta cała „bezpańskość”, tak mocno zakorzeniona w naszym ojczystym języku. Bez instytucji Pana my, Polacy, żyć najwyraźniej nie potrafimy. Tylko mityczny „Pan” daje nam złudne poczucie porządku, harmonii i egzystencjalnego bezpieczeństwa. Ileż w tym naszym słowniku jest owego „Pana”, począwszy od staroświeckiego „pana i władcy”! Nawet sam Bóg – co prawda tylko ten nasz, zachodni – musi być przecież nieustannie Panem tytułowany. Cały czas wlecze się za nami ta potworna, folwarczna mentalność „pana” i „poddanego”. I to ona, niestety, upośledza dziś nasze relacje zawodowe, społeczne i rodzinne; to ona ciągnie nas nieuchronnie, aby wobec podległych nam ludzi pokazywać się jako wielmożni panowie, a wobec panów wyższych rangą – jako potulni poddani. Nawet komunizm ze swoim topornym aparatem ideologicznym nie był w stanie nas w pełni zegalitaryzować. A kiedy wreszcie upadł, miliony moich rodaków ruszyły tłumnie do archiwów i urzędów heraldycznych, byle tylko znaleźć tam jakikolwiek dowód na swoją dawną „pańskość”, na naszą swojską, kontuszową sobiepańskość.
Dlatego też niezmiernie dołuje mnie współczesna tendencja w kulturze masowej, ów przymus budowania baśniowo-heroicznych opowieści wyłącznie wokół monarchów, władców i jedynowładców. I to, o zgrozo, dla wielomiliardowej widowni. Te wszystkie filmowe Diuny, Powroty króla, Aquamany, Królowie Lwowie, Edmundy Sprawiedliwe czy inne Imperia kontratakujące budują w masowej wyobraźni niebezpieczne przekonanie, że republiki są tworem nudnym, bezwydarzeniowym i mdłym niczym szwajcarskie, konfederacyjne fondue. Prawdziwe życie, wielka przygoda i epicka opowieść mogą dokonać się rzekomo tylko w społeczeństwie ściśle hierarchicznym. Co więc się dziwić, że coraz więcej całych narodów ulega dziś chorej, autorytarnej wizji, iż tylko silny przywódca, wódz i władca zapewni im dobre rządzenie? Bo jednych krótko przetrzepie, innych wytarmosi za uszy, wielu uciszy, ale w zamian zapewni w kraju upragniony porządek, da wielką wizję i ku niej żelazną ręką poprowadzi. Czyżbyśmy na dobre utracili wiarę w mądrość zbiorową? Czy nie wierzymy już w zbiorową odpowiedzialność?
Jako niepoprawny, staroświecki republikanin i egalitarysta, odrodzenie tych chorych, tęsknot przyjmuję z głębokim, metafizycznym smutkiem. Nad monarchiami w tym miejscu rozwodzić się więcej nie będę, bo wszedłbym na grunt nazbyt grząski; to są zresztą na Zachodzie monarchie na szczęście już tylko czysto dekoracyjne. O dyktatorach wystrojonych w pióra republikańskie zdanie mam oczywiście jak najgorsze – nie wierzę w dobrych satrapów, oświeconych autokratów i mądrych wodzów. Nie ma czegoś takiego w politycznej ekumenie. A te miliardy ludzi oglądające hollywoodzkie blockbustery fantasy mogą w te bajki przecież w końcu uwierzyć. Teraz już Państwo doskonale wiedzą, że filmów tych nie oglądam z powodów zasadniczych, głęboko fundamentalnych.
Patrzę więc na mojego delhijskiego psa. Pies wolny. Wolny od czułych głaskań, niewolniczej tresury i durnego aportu, ale wolny również od łańcucha, ciasnej klatki, obrywania kijem czy bycia ciągnionym za autem na sznurku. Wolny od jakichkolwiek zadań gospodarskich. Nikt niczego od niego nie chce, nikt niczego nie wymaga. Zapewnia mu się jedynie skromny wikt i daszek nad głową, ale za cenę nadzwyczaj minimalną – za cenę zostawienia przechodzących koło niego ludzi i całego otoczenia w absolutnym spokoju. Pies wolny.
Zupełnie jak ja niegdyś na emeryturze.
