Celem polityki zagranicznej państwa może być zakotwiczenie go w szerszym systemie współpracy, zakładającym istnienie instytucji ponadnarodowych, wyposażonych w pełnomocnictwa do nakładania zobowiązań na państwa członkowskie, przejmujących część uprawnień wynikających z suwerenności. W skrajnej postaci doktryna integracjonizmu może oznaczać nawet prymat interesów zbiorowych (społeczności integracyjnej) nad interesem partykularnym (narodowym).
Integracjonistyczne plany z reguły dojrzewają w obliczu zewnętrznego zagrożenia (wyzwania), które nakazuje łączyć siły i budować wspólnotę, albo też jako potrzeba nowego początku, kiedy stara polityka oparta na rywalizacji, konfliktach, podbojach prowadzi region (kontynent) do stanu wyczerpania.
Apoteozą polityki intergracjonistycznej stał się projekt unijny realizowany w Europie po drugiej wojnie światowej. Kojarzony był u swoich źródeł z schumanowską wizją zapobiegania europejskiej wojnie metodą zacieśniania więzi gospodarczych i poddawania działań gospodarczych (początkowo w zakresie wydobycia węgla i produkcji stali) zarządowi ponadnarodowemu.
Francuska oferta z 1950 r. przyjęta została z entuzjazmem przez Niemcy (wtedy jeszcze tylko Zachodnie), szukające powrotu do pełnoprawnego statusu w polityce europejskiej. Schumanowska wizja uczyniła z czasem sprzyjanie tworzeniu więzi integracyjnych prakseologiczną doktryną polityki zagranicznej. Zwłaszcza Niemiec. Przez lata obowiązywała tam maksyma, że co dobre dla Europy, dobre jest dla Niemiec.
Integracja europejska zawiązała się na pojednaniu niemiecko-francuskim, a francusko-niemiecki motor był (i pozostaje) jej siłą napędową. Wyrazem jej szerszej akceptacji jest doktryna głoszona przez nietuzinkowych polityków z mniejszych państw Europy Zachodniej, że to, co jest dobre dla Francji i Niemiec (odzwierciedlone w kompromisie przez nie wypracowanym), musi z założenia być dobre dla Niderlandów czy Luksemburga.
Idea zjednoczenia Europy jest oczywiście stara jak Europa. Polityczna użyteczność pojęcia Europy objawiła się na dworze Karola Wielkiego. I posłużyła dla ekspansji jego władań oraz wypychania Bizancjum z Italii i nie tylko stamtąd. Kontrolowanie Europy, przynajmniej jej zachodniej części, kusiło zawsze domorosłych hegemonów, a hasło jej jednoczenia było zawsze zręcznym pretekstem.
Jerzy z Podiebradów, wojujący i panujący w Czechach w XV w., jest uważany za jednego z pierwszych prekursorów szlachetnego pojmowania wspólnej Europy. Choć jeszcze na początku XIV w. propozycję federacyjnej republiki chrześcijańskiej opracował Pierre Dubois. Jerzy z Podiebradów zaś zgłosił projekt połączenia krajów europejskich (choć początkowo jego plan nie uwzględniał ani Anglii, ani Skandynawii, ani Półwyspu Iberyjskiego) w federacyjny organizm, ze wspólnym parlamentem i zobowiązaniem do pokojowego rozstrzygania sporów. Głównym politycznym zamysłem planu było wszakże zatrzymanie połączonymi siłami pochodu Turków. A termin Europa w ogóle się w wynurzeniach Jerzego nie pojawiał. Chodziło mu o zjednoczenie chrześcijańskich narodów (a sam był uwikłany w konflikty z katolickimi władcami, Habsburgami w szczególności). Więc jeśli w ogóle chodziło mu o Europę, to była ona synonimem chrześcijaństwa. Podobna motywacja kierowała księciem de Sully, który w XVII wieku proponował utworzenie republiki arcychrześcijańskiej 15 państw, zwróconej przeciw Turcji.
Świadomość chrześcijańskiej wspólnoty istniała przez wieki, a namiastką chrześcijańskiego porozumienia politycznego były kongresy papieskie, z których ostatni odbył się kilka lat po upadku Konstantynopola. Wojna trzydziestoletnia była wojną na swój sposób wewnątrzeuropejską, kłótnią rodzinną, a zaproszenie na negocjowanie pokoju westfalskiego skierowano do głów „wszystkich” państw „europejskich” (Rosji, a tym bardziej Turcji oczywiście nie uwzględniono).
Ideę europejskiego związku próbował w tamtych czasach proponować sam Richelieu, zanim zniechęcony oddał się praktykowaniu polityki równowagi sił. Wróciła idea pokojowej Europy na oświeceniowej fali. Głosił ją m.in. Castel de Saint-Pierre (chodziło mu o unię europejską o charakterze instrumentu bezpieczeństwa zbiorowego). Do jej ojców duchowych zaliczono potem w szczególności samego Kanta. A w gronie tym znalazło się miejsce i dla utylitarysty Benthama, i dla konserwatysty Burke’a, i dla liberała (w pisarstwie, a niekoniecznie w polityce) Guizota, i utopijnego socjalisty Saint Simona (z jego projektem utworzenia europejskiego systemu parlamentarnego).
Romantyczny idealizm i narodowy elan inspirowały do snucia integracyjnych wizji. W 1849 r. sam Victor Hugo przedstawił projekt budowy „Zjednoczonych Stanów Europy”. Było hasło „Europy” formą intelektualnej opozycji dla Europy spętanej Świętym Przymierzem. Nic więc dziwnego, że budziło alergiczne reakcje wyznawców Realpolitik. Sam Bismarck w 1876 r. potraktował Europę jako hasło politycznie szalbiercze: „Ktokolwiek przemawia na rzecz Europy jest w błędzie. To tylko termin geograficzny”. Oskarżył jej rzeczników, że proszą dla Europy o rzeczy, których baliby się domagać we własnym imieniu. Podchodzą i proszą Niemcy o ustępstwa, poświęcenia, kompromisy: „Zrób to dla Europy!”. Bismarck uznawał to za bezczelną formę moralnego szantażu.
Europa jako fałszywy bożek nie miała szans na przetrwanie w świadomości politycznej. Era imperializmów czyniła Europę zakładnikiem globalnej ekspansji jej mocarstw. Aż uczyniła w I wojnie światowej jej zmasakrowaną ofiarą. Idea jednoczenia Europy w sposób naturalny odżyła jako nadzieja na lepszą przyszłość. Na jej głównego animatora wyrósł Richard Coudenhove-Kalergi, który wykreował ruch paneuropejski, a w 1923 r. opublikował we Wiedniu „Paneuropę”, książkę-manifest ruchu. Propagował Europę od Portugalii po Polskę jako obszar polityczny między Rosją, Atlantykiem i Morzem Śródziemnym. Bez Wielkiej Brytanii i w kontrze do imperializmu rosyjskiego. Opracował wizję Stanów Zjednoczonych Europy. I doprowadził do instytucjonalizacji ruchu paneuropejskiego w 1926 r.
Za sprawą Aristide’a Brianda idee paneuropejskie przeniknęły do wielkiej polityki. Przedstawił on we wrześniu 1929 r. exposé paneuropejskie na forum Ligi Narodów. Powierzono mu nawet zadanie przygotowania odpowiedniego memorandum dla rządów. I opisał on swoje widzenie Europy jako unii politycznej i celnej. Bez wszakże zakusów na suwerenność państw. Idee Brianda nie porwały wszakże nawet jego rodzimej Francji. Tym bardziej krzywiły się Włochy, a już w Moskwie potraktowano je z nieukrywaną wrogością. Ale powołano Komisję Badawczą dla Unii Europejskiej, która, jak można było się spodziewać, żadnej siły sprawczej wykrzesać z siebie nie była w stanie.
Coudenhove-Kalergi zbiegł przed nazistami do USA, gdzie założył Radę Europejską. Wrócił po wojnie i stworzył Europejską Unię Parlamentarną.
Bo idea zjednoczenia Europy rozkwitnąć musiała na prawach katharsis po drugiej wojnie światowej. I rozkwitła. Kongres haski z maja 1948 r. przyjął za cel utworzenie zgromadzenia europejskiego, opartego na wartościach demokratycznych i praworządnościowych. Dano początek Ruchowi Europejskiemu z Churchillem, Blumem, de Gasperi, Spaakiem jako honorowymi współprezydentami. Pierwszym zaś prezydentem obwołano Duncana Sandysa, prywatnie zięcia Churchilla. A pierwszym sekretarzem generalnym – Józefa Retingera – „polskiego ojca Europy”. Za sprawą Retingera Polska mogła po latach przypomnieć swój niezaprzeczalnie istotny wkład w krzepnięcie ruchu europejskiego. Bo intelektualnie polski głos na rzecz integrowania Europy rozbrzmiewał od wieków. Słusznie doszukujemy się proeuropejskich wątków w pismach Pawła Włodkowica, Stanisława ze Skarbimierza czy Andrzeja Frycza Modrzewskiego. A Maciejowi Miechowicie przypisujemy pierwszeństwo w politycznym operowaniu przymiotnikiem „europejski” („Opis sarmacji azjatyckiej i europejskiej” z 1517 r.). Maciej Chabielski już w 1615 r. wzywał Europejczyków do zwierania szeregów w ramach wspólnego bytu dla walki z Turkami. Stanisław Leszczyński przedstawił zaś memoriał z ideą federalizmu europejskiego. Józef Kajetan Skrzetuski w 1775 r. rzucił wezwanie do stworzenia „Rzeczpospolitej Europejskiej”, także jako formuły ratowania polskiej niezależności. W 1831 r. spisał artykuły Konstytucji Europy Bogumił Jastrzębski. A wielki projekt zjednoczenia Europu przedstawił Teodor Szymanowski. O łączeniu Europy pisali i Kazimierz Kelles-Kreuz, i Bolesław Limanowski. Dla wielu bowiem Polaków postępowość i wolność wiązały się z jednością europejską. I tak się dzieje po dziś dzień, kiedy w Unii Europejskiej jesteśmy już komfortowo umoszczeni.
Kongres haski w 1948 r. dał też początek Radzie Europy. W jej narodzinach nie sposób nie podkreślić politycznej inspiracji, jaka popłynęła z ust Winstona Churchilla. On to już w 1946 r. w słynnej mowie zuryskiej rzucił hasło Stanów Zjednoczonych Europy. Pierwszym krokiem w tym kierunku miało być powołanie właśnie Rady Europy jako organizacji regionalnej dopełniającej ONZ. Wielka Brytania nie tylko więc kibicowała, ale wręcz popychała Europę ku integrowaniu, sama wszakże nie widząc w tym procesie dla siebie miejsca. Ale i to po dziesięcioleciach brytyjskiego rozgrywania rywalizacji w Europie, balansowania i równoważenia wpływów, przeciwdziałania dominacji któregokolwiek z europejskich mocarstw na kontynencie, było w polityce brytyjskiej niekwestionowanym zwrotem.
Integracja była rozumiana jako jedynie rozsądny instrument zapobieżenia odrodzeniu starych waśni i konfliktów na zachodzie Europy. A dodatkowym czynnikiem dopingującym było przeświadczenie, że tylko połączona Europa (pod ochroną i opieką USA) może stawić czoła sowieckiej ekspansji.
Dla polityków Europa nigdy nie była celem samym w sobie. Była instrumentem rozwiązywania konkretnych politycznych wyzwań. Także tych jakże bardzo narodowych. A że wyszła z tego wielka polityczna metanoja zamykająca bolesny rozdział rywalizacji, konfliktów, waśni, to rezultat wyjątkowej strategicznej zbieżności tych interesów.
Luuk van Middelaar opisywał, że rozwój integracji europejskiej jest synergią rozmaitych motywacji.
Francja wypatrywała w Europie sposobu własnej reinkarnacji jako mocarstwa. Budowała Europę à la française. Dlatego chciała wyposażyć Europę we własne cechy tożsamościowe. Stąd w Europie brukselskiej etatyzm, biurokratyczna solidność, polityczna wytrwałość, ale także dążenie do nadania myśleniu o Europie perspektywicznej głębi, uprawiania racjonalistycznej dyplomacji.
Dla Niemców Europa była formą historycznego, moralnego i politycznego odkupienia, wehikułem legitymizacji własnej roli politycznej, łagodzenia obaw partnerów dotyczących niemieckiej dominacji.
W myśleniu Brytyjczyków Europa była sposobem zapewnienia sobie miejsca przy stole, gdzie zapadały decyzje o przyszłości Europy i gdzie mogła ona zapobiegać rozwojowi wypadków szkodzącemu interesom Brytanii. Nie była już zdolna powrócić do tradycyjnej roli równoważenia europejskiego rozkładu sił. Chciała jedynie kontrolować procesy z grubsza, a kiedy można było to robić tylko od wewnątrz projektu, wstąpiła doń w połowie lat siedemdziesiątych, ale pozostawała tam zawsze ze świadomością, że duchem z projektem ciągle pogłębiającej się integracji raczej jej nie po drodze. Zawsze czuła się przecież inna. Nigdy nie traktowała Europy jako projektu politycznego w sensie ścisłym. Tak łatwo zatem dało się jej rodzimym populistom Brytanię z integracyjnego projektu wyprowadzić.
Dla mniejszych państw Europy Zachodniej była narzędziem rozwiązywania wielkich, a nawet geopolitycznych dylematów europejskich, w sposób uwzględniający ich interesy, formułą unikania odpowiedzi o wybór patrona w sporach między dominującymi aktorami (Francją, Niemcami, Wielką Brytanią). A wschodnim Europejczykom, kiedy tylko mogli suwerennie zadecydować o swoim losie, Europa posłużyła jako instrument wyrwania się spod geopolitycznego uścisku Rosji i zalegitymizowania przynależności do zachodniej cywilizacji.
Do roli głównego aktora europejskiego procesu, mózgu strategicznego projektu zawsze aspirowała Francja. I tak jest do dziś, co by nie mówić o realnej wadze Niemiec i roli Berlina w popychaniu do przodu integracyjnego wozu. Dla Francji najważniejszym wyzwaniem było początkowo zapobieżenie odrodzeniu się zagrożenia niemieckiego. Po wojnie Niemcy były wprawdzie podzielone i okupowane, ale szybko mogły przecież odbudować przemysłowy potencjał.
Francuska wizja kontroli nad Niemcami zaprezentowana przez de Gaulle’a w grudniu 1945 r. w Baden Baden była zaprawdę żandarmeryjna. Zakładała stałą francuską obecność w pasie terytorium wzdłuż Renu, z Kolonią włącznie, a także stałą kontrolę nad przemysłem w Zagłębiu Ruhry. Pomysły de Gaulle’a rozchodziły się zdecydowanie z podejściem amerykańskim i brytyjskim, co uwidoczniło się z całą mocą na konferencji londyńskiej w 1948 r., kiedy Zachód (w formacie USA, Wlk. Brytania, Francji i trzy państwa Beneluxu) dyskutował nad przyszłością Niemiec.
Dla Stanów Zjednoczonych (i dla Wlk. Brytanii) ekspansja ZSRR była o wiele poważniejszym wyzwaniem niż możliwość odrodzenia rewanżyzmu Niemiec. A szybka odbudowa niemieckiej gospodarki stała się niezbędna dla strategii powstrzymywania Sowietów. Paryż zaakceptował w czerwcu 1948 r. perspektywę utworzenia państwa zachodnioniemieckiego w zamian za międzynarodową kontrolę zagłębia Ruhry. Francja pozostawała wszakże osamotniona w naleganiach na deindustrializację i demilitaryzację Niemiec. Międzynarodowa Administracja Ruhry, w której głos francuski byłby głosem odosobnionym, nie mogla Paryża zadowalać.
Tak pojawiła się przestrzeń dla wizji Schumana (nota bene zainspirowanej bezapelacyjnie decydująco propozycją utalentowanego urzędnika – Jeana Monneta). Wpisał on projekt utworzenia ponadrządowego systemu regulacji wydobycia węgla i produkcji stali w szerokie ramy europejskiego jednoczenia. Ale był jednocześnie plan Schumana swoistą podróżą w nieznane, bo obawy o jego fiasko były silne.
Jednocześnie pod skrzydłami Amerykanów budowała się zachodnia wspólnot obronna. Pakt Brukselski Francji, Wlk. Brytanii i państw Beneluksu, podpisany w marcu 1948 r. (kilka tygodni po komunistycznym puczu w Czechosłowacji) nawet jeśli początkowo mógł motywowany potencjalnym zagrożeniem odrodzenia militaryzmu niemieckiego, szybko musiał zostać wpisany w kontekst zagrożenia sowieckiego jako absolutnego priorytetu, a to wymagało organicznej ingreminacji Europy do systemu militarnego powstrzymywania Sowietów budowanego przez USA. I już w kwietniu 1949 r. doprowadziło to do powstania NATO. Pakt Brukselski pozostawał wszakże pomocnym politycznym forum dyskutowania o Europie. To właśnie na stole Stałego Komitetu Paktu Brukselskiego wylądowały idee z memorandum Międzynarodowego Komitetu Ruchów na rzecz Europejskiej Jedności opracowane w sierpniu 1948 r. Ich promotorem stała się Francja i Belgia. Jądrem propozycji było powołanie zgromadzenia europejskiego, które składałoby się z osób wyznaczonych przez parlamenty narodowe, a które to miałoby moc doradczą. Brytyjczycy mieli odmienna wizję. Tam centralne miejsce zajmował ministerialny komitet, tworzony przez przedstawicieli rządowych w różnych konfiguracjach. W październiku 1948 r. doszło do powołania przez Radę Doradczą Paktu Brukselskiego Komitetu do Zbadania Europejskiej Jedności pod przewodnictwem Edouarda Herriota. W styczniu 1949 r. wypracowano kompromisowe rozwiązania, z których wyłoniła się instytucjonalnie Rada Europy. Piątka Paktu Brukselskiego doprosiła Włochy, Irlandię, Danię, Norwegię i Szwecję na konferencję założycielską Rady, która obradowała w Londynie w maju 1949 r. A sam Pakt Brukselski przerodził się w 1954 r. w Unię Zachodnioeuropejską, która praktykowała działalność dość pozorną, aż do wchłonięcia jej przez Unię Europejską w 2010 r. po wejściu w życie Traktatu Lizbońskiego
Rada Europy uosabiała alternatywną koleinę integracji europejskiej. Opartą na wspólnej tożsamości kulturowej i prawach człowieka. Wyłączono z jej kompetencji wszelkie aspekty wojskowe. Ma wspaniałe osiągnięcia w dziedzinie praw człowieka. To pod jej szyldem powołano Europejski Trybunał, który otworzył wszystkim obywatelom Europy możliwość skarżenia ich własnych rządów za nieprzestrzeganie praw. Ale politycznie coraz bardziej Rada słabła. Wypełzła na zupełny margines europejskiej polityki.
Wojna koreańska wzbudziła strach przed przeniesieniem globalnego konfliktu międzysystemowego na grunt europejski. Francja obawiała się zaś, że nieuchronna odbudowa sił zbrojnych Niemiec zniweczy plan europejskiej kontroli nad węglem i stalą. Takie były motywy planu Plevena zgłoszonego w październiku 1950 r. i przewidującego utworzenie europejskiej armii. Wlk. Brytania zajęła wyczekującą postawę, Beneluks miał obawy, RFN plan poparła (choć nie przypadła jej do gustu wydzielona Niemcom rola, postrzegana jako upośledzona – niemieckie siły miały być zorganizowane tylko w ramach małych oddziałów bojowych do szczebla batalionu). W maju 1952 r. do podpisania Europejskiej Wspólnoty Obronnej mimo wszystko doszło. Lecz obalili francuski plan sami Francuzi. Gaulliści potrafili rozpalić uczucia suwerennościowe do tego stopnia, że plan Plevena pod naciskiem społecznym przepadł we francuskim parlamencie.
A Francja na następne lata abdykowała z roli przewodniczki integracji europejskiej. W połowie lat pięćdziesiątych tę rolę przejęły państwa małe, z widocznym prymatem Niderlandów. To z Hagi właśnie wyszedł plan Beyena dotyczący utworzenia wspólnego rynku. Wspólnie z Belgią i Luksemburgiem przedłożyły Niderlandy pakiet, dopełniony przez plan Monneta w sprawie utworzenia kartelu nuklearnego na bazie wspólnoty węgla i stali. Po żmudnych negocjacjach doszło do podpisania w marcu 1957 r. traktatów rzymskich, które powołały do życia Europejską Wspólnotę Gospodarczą. Jądrem projektu było powstanie w ciągu 12 lat wspólnego rynku. I dzięki niesłychanemu wzrostowi gospodarczemu, spolegliwości rządów i entuzjastycznemu wsparciu idei wspólnego rynku przez przedsiębiorców cel został osiągnięty. I to na czas.
Nie bez bolesnych ustępstw. Najważniejszy dotyczył zachowania prawa weta, które miało zgodnie z traktatem zniknąć ustępując pola zasadzie większości. Francuski bojkot posiedzeń EWG w latach 1965-66 doprowadził do tzw. kompromisu luksemburskiego, który prawo weto utrzymał przy życiu, i to dnia dzisiejszego.
Kryzys proceduralny wynikał oczywiście z suwerennościowej obsesji de Gaulle’a. To i za jej sprawą EWG wypadła z wszelkich wielkich rozważań politycznych. Zajęła się „małą polityką”. Tylko na marginesie technicznych spotkań ministrowie wykorzystywali ją do dyskusji nad szerszymi tematami. Ówczesna wizja wspólnej Europy w ramach EWG sprowadzać się musiała do przyziemnych celów gospodarczego dozoru, bezpośredniego zarządzania polityką rolną i rybołówstwem, a także czuwania nad sprawnym działaniem reżimu handlowego. De Gaulle zajął się zaś budową samodzielnej i niezależnej Europy poza EWG, praktykując wizję mocarstwowej i asertywnej Francji. Taka była bowiem francuska konkluzja z upokorzenia w kryzysie sueskim. Brytyjczycy poszli na podporządkowanie się USA, a Francja na manifestowanie niezależnej (od USA) paramocarstwowości (zaopatrzenie się w własną force de frappe było naturalną konsekwencją tego wyboru). A wspólnotę polityczną Europy chciał de Gaulle budować poza EWG jako tzw. Europę Ojczyzn. Taka też była wymowa planu Foucheta z 1961 r. dotyczącego Unii Narodów Europejskich (nawet w poprawionej wersji z 1962 r.). Ale EWG odciążona od ambitnych oczekiwań (i politycznych kontrowersji) mogła skupić się na konsekwentnym budowaniu swojej „success story” i może na zdrowie jej tylko to wyszło.
Odejście de Gaulle’a z polityki odblokowało produktywne myślenie integracyjne w łonie EWG. Na szczycie haskim w 1969 r. dopuszczono wreszcie do negocjacji akcesyjnych Wlk. Brytanię. W 1948 r. Wielka Brytania otwarcie kwestionowała sens udziału we wspólnocie węgla i stali, z negocjacji nad wspólnym rynkiem odeszła nie wierząc w ich powodzenie. Później widząc rosnący potencjał wspólnoty dwukrotnie aplikowała bez powodzenia – blokowana z powodu uprzedzenia de Gaulle’a. Chociaż z dzisiejszej perspektywy Brexitu – pewno miał de Gaulle jakąś rację. Wielka Brytania już wewnątrz Wspólnoty w dyskusjach nad jej przyszłością operowała raczej pedałem hamulca niż gazu. Szczyt haski 1969 roku wzbogacił wszakże myślenie o wspólnocie o obszar polityki zagranicznej, projekt unii monetarną i ekonomicznej. A w 1970 r. Pompidou zadeklarował poparcie dla perspektywicznego utworzenia unii europejskiej, mglistej jeszcze wtedy. Była to już dla Europy wizja co się zowie.
Za sprawą Francji od 1970 r. zaczęła funkcjonować Europejska Współpraca Polityczna. Kryzys naftowy lat siedemdziesiątych od strony gospodarczej, odprężenie w Europie od strony politycznej uświadomiły potrzebę ukształtowania europejskiej wizji dla kontynentu wykraczającej poza dotychczasowe paradygmaty. Integrację uznano za sposób na europejską emancypację, także polityczną. Europa chciała zapewnić sobie miejsce przy stole rozstrzygnięć strategicznych. Bolało ją, a zwłaszcza Francję, że jeszcze za Kennedy’ego dialog Wschód-Zachód został sprowadzony do dialogu dwóch supermocarstw. Giscard d’Estaigne chciał podnieść współpracę europejska na nowy poziom polityczny, już z udziałem Wlk. Brytanii. Instytucjonalizacja szczytów europejskich (począwszy od 1974 r.), która przybrała postać Rady Europejskiej spowodowała, że integracja europejska stała się projektem otwartym i ze wszech miar politycznym. A nawet cywilizacyjnym, o czym zaświadczyła przyjęta w 1973 r. Deklaracja Europejskiej Tożsamości.
Francja znów przejęła rolę dyrygenta europejskiego projektu. Mitterrand był do niego od zawsze przekonany. Przedstawiony w 1984. federalistyczny projekt Altiero Spinnellego został usynowiony politycznie przez Mitterranda. Francuski prezydent rzucił hasło Unii Europejskiej, pisanej już z dużych liter, bo instytucjonalnej. Na szczycie w Mediolanie w 1985 r. wspólna niemiecko-francuska koncepcja unionizacji została wszakże zatrzymana przez Thatcher. Włoski premier Bettino Craxi mimo negatywnego zdania Brytyjczyków przeforsował zwołanie konferencji międzyrządowej dla nowego traktatu.
A wewnątrz Unii inicjatywę wziął w swoje ręce Jacques Delors jako przewodniczący komisji. W 1985 r. pociągnął EWG w kierunku tworzenia jednolitego rynku. Traktat z 1986 r. (Jednolity Akt Europejski z „Unią”, co prawda tylko w preambule, ale po raz pierwszy wspomnianą we wspólnym dokumencie) „polityzację” projektu europejskiego usankcjonował.
Upadek komunizmu i bloku wschodniego był dla Unii epokowym wyzwaniem. Po pierwsze, niebawem po upadku muru berlińskiego wyłonił się problem gospodarczej hegemonii Niemiec w Europie w perspektywie ich zjednoczenia. Tym razem Paryż poprowadził zakulisową grę wspólnie z Wlk. Brytanią, aby wymóc na Niemczech zgodę na wprowadzenie unii monetarnej w zamian za zgodę na absorpcję przez Unię byłej NRD. Kompromis osiągnięto na szczycie w Paryżu w grudniu 1989 r.
Przełom geopolityczny zachęcał do śmiałych inicjatyw. Przed szereg wyszedł sam Delors zgłaszając w styczniu 1990 r. projekt przekształcenia Wspólnoty do końca stulecia w rzeczywistą federację. Była to zresztą ostatnia śmiała inicjatywa ze strony funkcjonariusza Komisji. W kwietniu 1990 r. we wspólnym liście prezydent Francji i kanclerz Niemiec rzucili hasło zbudowania ze Wspólnoty rzeczywistej Unii. W grudniu 1990 r. konferencja międzyrządowa zaczęła pracować zarówno nad unią monetarną, jak i polityczną. W grudniu 1991 r. na szczycie w Maastricht uzgodniono Traktat ustanawiający Unię Europejską podpisany w lutym 1992 r. Usadowiono ją na trzech filarach: wspólnotowym (gospodarczym), prawa i spraw wewnętrznych i polityki zagranicznej.
Integracja Europy stanęła przed nowym wyzwaniem. Miała posłużyć za instrument stabilizowania całej Europy. Wojny po rozpadzie Jugosławii i perspektywa odrodzenia się imperializmu rosyjskiego nie pozostawiały Unii wielkiego pola do manewru: trzeba było się rozszerzać. W 1993 r. podjęto strategiczną decyzję o ekspansji na Wschód. Unia, która była dotąd związkiem państw generalnie bogatych, a już z pewnością względnie zamożnych (nawet po absorpcji Portugalii, Grecji czy Irlandii), miała otworzyć się na państwa zubożałe, a co gorsza przez dekady odcięte od zachodniego strumienia kultury politycznej i gospodarczej. Miał przygotować Unię do rozszerzenia Traktat z Amsterdamu z 1997 r., ale trzeba było mechanizmy funkcjonowania doprecyzować z konieczności w Traktacie z Nicei w 2001 r. (m.in. zasady głosowania w Radzie UE – wspomnijmy słynne zawołanie Polaków: „pierwiastek albo śmierć”). A w 2004 r. rozszerzeniowy Big Bang mógł się w końcu dokonać.
Wprowadzenie wspólnej waluty, otwarcie granic, ekspansja terytorialna Unii zachęcała do snucia nowych integracjonistycznych zamysłów. Dyskusje o tzw. finalite niechybnie prowadziły do dychotomicznej polaryzacji na federacjonalistów i konfederacjonalistów Próbą przezwyciężenia starych sporów była „konstytucjonalizacja” Europy, zainspirowana ideami Juergena Habermasa i promowana przez Berlin. Traktat Konstytucyjny z 2004 r. roztrzaskał się wszakże na rafie niezadowolenia społecznymi skutkami globalizacji. Odrzucony przez Francuzów i Holendrów pogrzebał ideę konstytucjonalizacji na długie lata, jeśli nie na zawsze.
Interwencja w Iraku wywołała poważne polityczne pęknięcie wewnątrz Unii w 2003 r. Uświadomiła, że konieczne jest wprowadzenie w jej ramach mechanizmów, które gwarantowałyby większą spójność w dziedzinie polityki zagranicznej i obronnej. Niektórzy komentatorzy powiadali wręcz, że w tym sensie Bin Laden zrobił więcej dla Europy niż Jacques Delors.
Traktat Lizboński z 2007 r. nadał Unii międzynarodową osobowość prawną. Pieczętował status, który czynił Unię czymś więcej niż klasyczną organizacją międzyrządową.
Poletkiem kształtowania stabilizacyjnego wpływu Unii Europejskiej na środowisko międzynarodowe była prowadzona od 2004 r. polityka sąsiedztwa.
Ledwo zaschły podpisy pod Traktatem Lizbońskim a zwaliły się na Unię egzystencjalne wręcz sprawdziany. Wkroczyła Unia w dekadę kryzysów – kryzys finansowy w Grecji (2008 r.), agresywna polityka Rosji i jej interwencja na Ukrainie (2014), kryzys migracyjny (2015), Brexit (2016), COVID (2020). A perturbacje gospodarcze, kryzysy i napięcia spowodowały przybranie fali populizmu i nastrojów antyunijnych. Unii zagroziła utrata poparcia społecznego. Plany integracyjne, także z powodu realnych i wyobrażanych skutków Brexitu, należało zawiesić na kołku. Ożywili się stary wrogowie Unii (Putin), a pojawili się nowi i niepodziani, jak Donald Trump, który określił Unię jako amerykańskiego wroga („foe”) na niwie handlowej.
Nie ulega wątpliwości, że Unia ma wrogów zajadłych. Dezintegracja Unii jest strategicznym celem putinowskiej Rosji. Silna i sprawna Unia jest bowiem najgroźniejszą przeszkodą w prowadzeniu przez Rosję jej polityki europejskiej. Pożądanym i forsowanym przez Putina formatem zarządzania Europą byłby tzw. koncert mocarstw, w którym Rosja decydowałaby o przyszłości całego kontynentu wspólnie z Paryżem, Berlinem, Londynem. Nie bez głębszego sensu poszedł Putin w 2021 r. na szantaż całkowitego zamrożenia relacji z unijną Brukselą i zlecił upokorzenie Borella podczas jego wizyty w Moskwie. Nie powinna też była dziwić jego porywcza reakcja na umowy stowarzyszeniowe Unii z państwami Partnerstwa Wschodniego w 2013 r. Unia jest bowiem często postponowana w Moskwie jako twór słaby, komenderowany przez USA, trawiony choróbstwem liberalizmu i dekadencji, ale jest tam widziana jako najpoważniejsze zagrożenie dla wpływów Rosji na tzw. obszarze postsowieckim.
Przez dekady całe integracji europejskiej w Moskwie nie doceniano, nie rozumiano, lekceważono. W schyłkowych latach ZSRR przyjechał na konsultacje do Warszawy dyrektor departamentu planowania w MSZ ambasador Lew Mendelewicz. Pierestrojka i głasnost hulały w najlepsze. Zmuszały do refleksji nad błędami w polityce zagranicznej. Mendelewicz, człowiek o umyśle nietuzinkowym, szykował się już do emerytury, więc jego refleksje nad własną dyplomatyczną przeszłością brzmiały uczciwie i wiarygodnie. I za swój najpoważniejszy błąd kognitywno-polityczny uznał on niedocenienie skutków integracji europejskiej. W 1957 r. powierzono mu zadanie zredagowania oświadczenia TASS w związku z podpisaniem traktatów rzymskich. Stwierdził po latach, że pisał i wypowiadał wiele tez, których za Gorbaczowa wstydziłby się powtórzyć, ale tego oświadczenia TASS wstydzi się najbardziej. Bo zaślepiony ortodoksją ideologiczną nie widział, że Europa Zachodnia nie tylko może przezwyciężyć konflikty i spory, ale będzie w stanie w przyszłości zbudować geopolityczną (nie tylko gospodarczą) wspólnotę. A agencja TASS prorokowała Europejczykom nieunikniony kolaps projektu. Mendelewicz uwierzył w Europę za Gorbaczowa, na lata całe przed euro, Schengen, rozszerzeniem i wspólną polityką zagraniczną i obrony.
Federaliści w obliczu tych wyzwań, co prawda, nie ustawali w dowodzeniu, że jedyną rozsądną odpowiedzią na każdy kryzys jest „więcej Europy”. W 2013 r. przedstawili całościowy i jednoznacznie federalistyczny projekt tzw. Bozar Treaty. Poszukiwała dróg (pragmatycznych) rozwoju projektu Komisja Europejska. Nie wzbudziły jej idee większego zainteresowania wśród państw członkowskich. Nawet Junckerowska koncepcja połączenia funkcji szefa komisji i Rady („one captain vision”) przedstawiona w 2017 r.
Emmanuel Macron, wyniesiony w 2017 r. na urząd prezydenta Francji pod akompaniament europejskiego hymnu i w łopocie europejskich flag, rzucił się w wir kreowania inicjatyw ożywiających debatę o przyszłości Europy. We wrześniu 2017 r. w czasie wykładu na Sorbonie zgłosił m.in. propozycję utworzenia budżetu strefy euro, co zresztą zmaterializowało się już w 2019 r. W marcu 2019 r. Macron w liście do Europejczyków opisał cały katalog pomysłów zawierający m.in. ideę agencji ochrony demokracji, urzędu azylowego, wspólnej straży granicznej, zawarcia traktatu obronnego, ukonstytuowania rady bezpieczeństwa wewnętrznego, powołania banku klimatycznego, wprowadzenia wspólnej osłony społecznej. I przekonał Macron partnerów do rozpoczęcia formalnej debaty w ramach Konferencji o Przyszłości Europy uruchomionej 9 maja 2021 r. Po roku przedstawiła ona imponujący zestaw rekomendacji i propozycji. Czy sytuacja polityczna w państwach członkowskich pozwoli na ich konstruktywne omówienie i nadanie Unii nowych impulsów?
Przyszłość Europy rzadko wszakże powstawała na rajzbretach intelektualno-politycznych. Napędzały Europę przyziemne czasem potrzeby i sploty okoliczności. Ale myśl jakaś nie zaszkodzi. Inaczej pozostanie Unia instytucjonalnym wydaniem Mädchen für alles, kiedy trzeba coś naprawiać, i dyżurnym kozłem ofiarnym, kiedy coś się nie udaje. Najlepszym przykładem jest Kompas Strategiczny przyjęty przez Unię w 2022 r. Z jednej strony zawiera on słuszne i potrzebne inicjatywy współpracy w dziedzinie obronnej, i aspiruje do roli jakościowego kroku naprzód, a z drugiej strony, beznamiętnie stwierdza, że jeśli przyjdzie co do czego, czyli agresji na państwo członkowskie, to działanie opierać się będzie na art. 51 Karty NZ, a w drugim rzędzie na zasadach współpracy i solidarności opisanych w traktatach europejskich. To po to mamy uwspólniać politykę zagraniczną i obronną, aby gdy przyjdzie co do czego trwać w niepewności? Jasne, że w większości państw europejskich jest zrozumiały opór przeciw przekształceniu dziś Unii w sojusz obronny, ale proces integracji musi mieć jakąś logikę.
Z palącej potrzeby poradzenia sobie ze skutkami COVID zrodził się tzw. plan Macrona-Merkel i będący jego sednem Fundusz Odbudowy. Przewidziane w nim tzw. uwspólnotowienie długu potraktowano niemal powszechnie jako tzw. hamiltonowski moment, czyli przekroczenie krytycznej rubieży w stronę federalizacji Europy.
Przyszłość Unii nie jest oczywiście przesądzona. Dopóki chcą „coraz ściślejszej Unii” Francuzi i Niemcy kierunek ku większej integracji jest opcją przesądzoną, czy to częściom elit, w takich państwach, jak Polska, podoba się czy nie. Wizja powrotu do koncepcji „Europy Ojczyzn”, z pomocą której rządzący w Polsce od 2015 r. otumaniali polskie społeczeństwo, budzi w Europie zażenowanie swoją anachronicznością. Dowodzi bowiem, że jej głosiciele nie potrafią zrozumieć istoty procesu integracyjnego. Są wśród nich tacy, którzy swoją proeuropejskość opierają na bankomatowej wizji Unii Europejskiej, a Polski w Unii udział chcą sprowadzić do wyciągania z Brukseli każdego nadażającego się grosza. A kiedy strumień grosza zacznie wysychać będą w stanie wyprowadzić Polskę z Unii bez najmniejszego zmieszania. I byli z punktu widzenia takiego Putina już nawet nie pożytecznymi idiotami, ale jego bezapelacyjnymi agentami wpływu. Nikt tak jak PiS (bo przy całym szacunku dla Orbana znaczenie Węgier w Unii jest raczej marginalne) nie przysłużył się realizacji putinowskiej wizji Europy.
Z każdym dniem rządów PiS pozycja Polski w Unii mizerniała. Wypadliśmy z gremiów, które mogłyby mieć wpływ na podejmowane w Unii decyzje. Jeden z byłych dyrektorów politycznych MSZ przedstawił w opublikowanej w 2021 r. książce wyidealizowany obraz funkcjonowania za rządów PO i PiS tzw. grupy sześciu, czyli Francji, Niemiec, Wielkiej Brytanii, Włoch, Hiszpanii i Polski. Prawda bowiem była taka, że decydujące znaczenie przynajmniej w sprawach wspólnej polityki zagranicznej i bezpieczeństwa miał format dużej trójki, czyli Francji, Niemiec i Wielkiej Brytanii. Konsultacje w tej konfiguracji odbywały się na wielu poziomach i w odniesieniu do wielu zagadnień, ale zawsze w pełnej dyskrecji. Sam publicznie używałem często używane w odniesieniu do tego formatu określenie „dyrektoriat”. Jego funkcjonowanie na forum Rady Europy doprowadzało mnie bowiem do szewskiej pasji. W każdy poniedziałek przed zwyczajową sesją ambasadorów państw unijnych (tzw. HOMs), trójka dyrektorialna schodziła się na roboczym lunchu, a poczynienia tam ustalenia próbowała forsować potem jako stanowisko całej Unii. Często wszakże, zwłaszcza w kwestiach polityki wobec Rosji i Europy Wschodniej – bez powodzenia, bowiem Polska, Czechy czy Rumunia potrafiły udaremniać założony plan gry. Problem nie polegał na tym, że ambasadorowie Niemiec, Francji i Wielkiej Brytanii spotykali się ze sobą i rozmawiali. Problem polegał na tym, że tak byli zajęci sobą, że nie mieli czasu porozmawiać z innymi partnerami. Jeden z zaprzyjaźnionych dyplomatów brytyjskich zwierzył mi się, kiedy do Unii wchodziliśmy, a on uświadamiał mi, jak wygląda polityczna kuchnia podejmowania decyzji w dziedzinie polityki zagranicznej, że Brytyjczycy na ten dyrektoriat przystali, ale zastrzegali, że powinien mieć formułę otwartą, a Polskę dołączać by trzeba było w sprawach polityki wschodniej.
Sprawę „dyrektoriatu”, jak to ja, prowokacyjnie podniosłem na naradzie polskich ambasadorów w 2008 r. Nikt jej w dyskusji nie podjął, a nawet zostałem przez jednego z członków ówczesnego kierownictwa MSZ w kuluarach ofuknięty. Ale dyskretnie zaraportowano sprawę prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu i on omówił problem „wąskich gremiów” w ramach UE i polskiego do nich stosunku dość obszernie na spotkaniu z ambasadorami.
Trójkąt Weimarski pozwalał nam przynajmniej mieć wgląd w niektóre aspekty politycznej kuchni UE, a dobre relacje z Niemcami popychać korzystne dla nas stanowiska. Po 2015 r. „Weimar” pogrążył się w głębokiej hibernacji, a do rozmowy o przyszłości Europy Francuzi i Niemcy dopraszają Włochów, czasem też i Hiszpanię. Rządy PiS wypchnęły nas skutecznie z „wąskich gremiów”. Bo nawet wznowiona po Brexicie tzw. „grupa pięciu”, to wątlutkie echo głosu dawnej „szóstki”.
Wyjście Wielkiej Brytanii oznacza istotną zmianę paradygmatu integracji. Przestał on być projektem paneuropejskim. Był takim nawet bez Szwajcarii czy Norwegii. Bez Wielkiej Brytanii już nie jest.
W dzisiejszym myśleniu o przyszłości Europy coraz donośniejsze jest rezonowanie o zjednoczonej Europie jako projekcie geopolitycznym. Integracja ma wzmacniać szanse Europy w rywalizacji z Chinami, Rosją, usamodzielniać ją globalnie od Stanów Zjednoczonych. Globalna rola Unii Europejskiej ma ją nieuchronnie federalizować. Są oczywiście znaczące siły, które liczą na rozkład wewnętrzny, powszechną anomię wywołaną nastrojami antybrukselskimi, która popchnie społeczeństwa europejskie do odrzucenia integracji. Powrót do Europy Ojczyzn jest wszakże największą fantasmagorią polskiej i europejskiej populistycznej prawicy. Projektu integracyjnego nie da się w sposób kontrolowalny „zwinąć”. Można jedynie go politycznie rozsadzić do stanu totalnej niewydolności i zastąpić ringiem wolnoamerykanki narodowych egoizmów.
Projekt integracyjny był zawsze postrzegany jako coś więcej niż projekt polityczny. Miała zawsze Europa wiele wymiarów. Jest Europa filozoficzna (racjonalistyczna, uniwersalistyczna, transformacyjna). Jest Europa kulturowa (tolerancyjna, liberalna, empatyczna). W projekcie integracyjnym chodziło przecież zawsze także o wartości.
Czy telos geopolityczny przeważy na telos cywilizacyjno-aksjologicznym? Oby nie. Nie tylko dlatego, że od czynnika wartości zależy spójność całego projektu. Bo ma Unia Europejska misję także w świecie. Dziś wspólna polityka zagraniczna budowana jest wokół prakseologicznych doktryn w rodzaju „skutecznego multilateralizmu” czy „świata opartego na zasadach”. Powinno w niej chodzić o coś więcej: o wzmacnianie elementów wspólnego globalnego zarządzania, sprawiedliwości globalnej, obywatelskiego udziału w decydowaniu o polityce światowej, o próbę replikowania w skali globalnej udanych europejskich przedsięwzięć integracyjnych. Chodzi o głoszenie prawd, których mocarstwa starej epoki, zrodzone z modelu państwa narodowego (USA, Chiny, Indie, Rosja) nie są genetycznie zaprogramowane, aby głosić. Macte animo, Europo!

A dla zainteresowanych głębszą dyskusją załączam bonus do obejrzenia: